Dobre jeszcze lepszego początki? Na co rzeczywiście stać Napoli

SSC Napoli
SSC Napoli PressFocus

Zaczynają jak nigdy, kończą jak zawsze – te słowa mogłyby w skrócie opisywać co najmniej kilka ostatnich sezonów w wykonaniu Napoli. Świetny początek rozgrywek, rozbudzone apetyty kibiców, szumne zapowiedzi, a później nagłe załamanie formy, niewytłumaczalne porażki i wypadnięcie z walki o scudetto. Mentalność przegranych, szklana szczęka rozpadająca się po pierwszym silniejszym ciosie i problemy z udźwignięciem presji przeszkadzały niezależnie od tego, czy na ławce trenerskiej siedział Maurizio Sarri, Carlo Ancelotti czy Gennaro Gattuso.

  • Napoli kolejny raz doskonale rozpoczyna sezon. Czy są przesłanki, by wbrew tradycji nie było tym gorzej, im dalej w las?
  • Mecz z Liverpoolem już jest odwróceniem pewnego trendu
  • Wymiana krwi na świeższą też pozwala myśleć, że dzisiejsze Napoli nie musi być jak Napoli, które znamy od lat

Nie poślizgnęli się na skórce od banana

Po meczu z Liverpoolem nie twierdzimy, że Napoli Spallettiego wyleczyło się z dolegliwości, które trapiły je przez lata. Bardzo udany start sezonu ligowego równie dobrze może przeistoczyć się w jeszcze szybszy zjazd w kryzysowe rejony i pewnie w takiej sytuacji pokręcilibyśmy tylko głowami, szepcząc pod nosem „i znowu to samo”. Istnieją jednak symptomy tego, że to wcale nie musi się powtórzyć. Bo choć widzieliśmy już Napoli grające piłkę jeszcze efektowniejszą, niż ta zaprezentowana w środowy wieczór, to tak samo widzieliśmy ten zespół przegrywający spotkania, w których czarował jeszcze bardziej, ale wywracał się na przysłowiowej skórce od banana i nie dowoził do końca nawet remisu.

Zanim przejdziemy do sedna, pozwólcie nam jednak pozachwycać się tym, co zespół Spallettiego pokazał przeciwko finaliście ubiegłej edycji Ligi Mistrzów. Tak, tak, mamy świadomość tego, że po tamtym Liverpoolu pod względem jakości i formy zostało niewiele. Drużyna Juergena Kloppa na początku sezonu boryka się z ogromnymi problemami, a rozmawiając z zapalonymi kibicami The Reds przed tym spotkaniem nie widzieliśmy na ich twarzach nawet cienia optymizmu. Ale kibice calcio takich historii przerabiali już wiele i nie było ważne, w jakiej formie przyjeżdża rywal. Pamiętacie sezon 2019/20 i Barcelonę przegrywającą 2:8 z Bayernem Monachium, z Quique Setienem na ławce trenerskiej, który chyba sam nie do końca wiedział, jak się tam znalazł. Tuż przed tamtą klęską Duma Katalonii wyeliminowała z Ligi Mistrzów właśnie Napoli, rozstrzygając kwestię awansu w 45 minut rewanżowego starcia.

Najlepszy mecz Zielińskiego w sezonie

Tym, co doceniamy w wygranej z The Reds szczególnie, jest fakt, że Napoli nie przegrało samo ze sobą. Brzmi śmiesznie, ale komentując ten mecz po karnym zmarnowanym przez Osimhena, a potem piłce wybitej z linii bramkowej przez Virgila van Dijka po strzale Kwaracchelii, spojrzeliśmy na siebie wymownie. Napoli mogło prowadzić 2:0 albo 3:0, ale zaczynało oddawać inicjatywę rywalowi i zapraszało go trafienia na 1:1. Jednak bramka wyrównująca nie padła, gospodarze wykorzystywali bezlitośnie niemal każdy błąd Joe Gomeza i spółki, a trafiając po przerwie na 4:0 mogli sobie pozwolić na stratę gola i spokojne kontrolowanie meczu do samego końca. Andre-Frank Zambo Anguissa kapitalnych zagrań miał więcej, niż liter w imieniu i nazwisku, a razem ze Stanislavem Lobotką stanowił w drugiej linii zaporę nie do przejścia. Piotr Zieliński zagrał najlepszy mecz sezonu (a kilka świetnych spotkań miał już na koncie) i pokazał, że w kilka miesięcy z zawodnika kompletnie zawodzącego można wrócić na absolutnie najwyższy poziom. Kim Min-jae okazał się graczem, na którym zupełnie nie zrobiło wrażenia bycie następcą Kalidou Koulibaly’ego i choć do tej pory grał niemal całą karierę grał w Azji (gdyby się uprzeć, to nawet Fenerbahce ma swój stadion w azjatyckiej części Stambułu), to z Amirem Rrahmanim wyglądają, jakby grali razem od kilku dobrych sezonów. No i wreszcie Chwicza Kwaracchelia, który od momentu debiutu w Napoli sprawia wrażenie gościa, dla którego nie ma znaczenia, kto jest rywalem, liczy się tylko liczba dryblingów i przeciwników wkręconych w ziemię. Z ręką na sercu – dawno takiego gagatka w Serie A nie widzieliśmy. W zachwyt wprawia nas na początku sezonu swoją elegancją i wizją gry Charles De Ketelaere, ale były piłkarz Dinama Batumi to inna kategoria. Dopiero co wszedł do wielkiego futbolu i wygląda tak, jakby dalej urządzał sobie ganianie za piłką po podwórku z kumplami z klasy. Hellas Verona, chłopaki z 3c, Liverpool – dla niego nie ma różnicy.

Dopływ świeżej krwi jak dopływ tlenu

Swoją drogą, właśnie mentalność 21-letniego Gruzina, który po prostu bawi się piłką i gna z nią przed siebie aż zaliczy asystę albo trafienie, może być receptą na sukces Napoli. W zespole latem doszło do pożegnania fundamentalnych postaci, które co sezon najbardziej czuły na swoich barkach presję i odpowiedzialność. Lorenzo Insigne, Dries Mertens i Kalidou Koulibaly byli twarzami Napoli, członkami pokolenia, które miało zdobyć scudetto, ale zawsze obchodziło się smakiem. Letni zaciąg piłkarzy nie nosi tego brzemienia – Kwaracchelia, Raspadori czy Kim zaczynają z czystą kartą, tak, jak kilka lat temu Hamsik, Mertens, Callejon czy Koulibaly. W takim środowisku, jak Neapol, ten aspekt może okazać się niezwykle ważny, choć z biegiem czasu i przy ewentualnych coraz lepszych wynikach presja będzie rosła i poczuje ją każdy.

Przez niesamowicie napięty terminarz obecny sezon jest trudniejszy niż zwykle, a okazji do wywrotek i strat punktów ze słabszymi zespołami będzie jeszcze sporo. Po pierwszych kilku tygodniach wiemy, że sufit Napoli jest zawieszony w tym sezonie naprawdę wysoko. Po okienku transferowym, które było dla nas sporą zagadką, przy wietrzeniu szatni, pożegnaniu się ze starszyzną, wątpliwościach co do tego, czy polityka finansowa Aurelio De Laurentiisa nie eliminuje neapolitańczyków z walki o scudetto, wiemy teraz, że na pewno zespół Spallettiego nie wystartował do wyścigu z alei serwisowej i nie będzie musiał mozolnie odbudowywać swojej pozycji. Kryzysy przyjdą, ale poprzednie sezony pokazały, że sukces w Serie A odnosi nie ten, który ich unika, tylko ten, kto wyjdzie z dołka jak najszybciej. Akurat ta sztuka Napoli sprawiała w ostatnich latach najwięcej problemów, więc teraz nadchodzi chyba idealny moment, by pokazać, że stare demony na dobre uciekły ze Stadio Diego Armando Maradona.

PIOTR DUMANOWSKI
DOMINIK GUZIAK
ELEVEN SPORTS

Komentarze

Na temat “Dobre jeszcze lepszego początki? Na co rzeczywiście stać Napoli

Szacunek dla Pana Piotra Dumanowskiego, który chyba jako jedyny z dziennikarzy sygnalizował, że SSC Napoli po odejściu Insigne, Koulibalyego, Mertensa, etc. nie musi być wcale słabsze.
Pozostali eksperci/dziennikarze raczej jednogłośnie ogłaszali upadek, “rozwiązanie”, degradację Napoli.
.
Napoli już przeżywało porzucenie przez Higuaina czy odejście Sarriego (wraz z Jorginho) i jakoś dawało radę.
Dla większości dziennikarzy zajmujących się calcio niestety wystarczy kupić Dybalę, Wijnalduma czy Pogbę lub Di Marię aby ogłosić mercato jako TOP, ponieważ znają tych piłkarzy z nazwiska.
Do końca sezonu droga daleka ale w Neapolu entuzjazm, dobra i widowiskowa piłka oraz przyzwoity poziom sportowy pozostał. Oby tak dalej, ponieważ to będzie dziwny sezon (z długą przerwą na MŚ) i niespodzianki nie są wykluczone.