Narodzony na nowo

Sinisa Mihajlović
Sinisa Mihajlović PressFocus

Sam żartuje, że ma dwa lata i jest już dziadkiem. Ale mówi też, że niedawno był bardziej martwy niż żywy. W ciągu kilku chwil stracił 15 kg, nie rozpoznawał siebie w telewizji. Sinisa Mihajlović przeżył chorobę, na którą umieralność w jego grupie wiekowej sięga 75 proc., a dziś – jakkolwiek patetycznie to brzmi – stara się nieść nadzieję.

  • Sinisa Mihajlović pokonał ostrą białaczkę, której procent śmiertelności jest bardzo wysoki
  • Na niedawnym spotkaniu z kibicami i mediami trener Bolonii opowiedział o swojej walce z chorobą
  • Mam nadzieję, że dzięki temu ludzie zrozumieją, jak ważne jest kontrolowanie siebie – mówi dziś

Mistrz rzutów wolnych

Był lipiec 2017 roku. Nowy bramkarz Torino, pozyskany z Lechii Gdańsk Vanja Milinković-Savić, przyszedł na trening, przywitał się z Mihajloviciem, po czym usłyszał wyzwanie – stań między słupkami i spróbuj obronić mój strzał z wolnego. Mihajlović miał wtedy 48 lat, potężną posturę i – wciąż – toporek w nodze. Pierwsza próba – bomba w okienko. Druga – to samo. Milinković-Savić tylko się uśmiechnął. Dopiero, gdy Sinisa po prostu podał piłkę swojemu bramkarzowi, ten złapał z nią kontakt. To żadna ujma dla Vanji. Mihajlović śmieje się, że w swojej karierze zmarnował więcej karnych niż wolnych. Nic wtedy nie zapowiadało, że wkrótce chłop na schwał z Bałkanów stanie się cieniem samego siebie. I że będzie musiał urodzić się na nowo.

To nie było przeziębienie

Choroba pojawiła się nagle. Nie zapukała, nie dała o sobie znać, że stoi tuż za drzwiami. W 2019 roku wlazła wraz z jesienią – obie przez nikogo nie wyczekiwane, z tym, że jesień z czasem mija, a ostra białaczka limfoblastyczna już niekoniecznie. Było 13 chemioterapii w pięć dni. Pojawiły się ataki paniki. Strach przed tym, że nie zobaczy już szóstki swoich dzieci, które uważa za sens swojego życia. – Czasami chciałem po prostu wybić szybę krzesłem, ale żona odwiodła mnie od tego pomysłu. To jedyna osoba jaką znam, która ma większe jaja ode mnie – opisywał ze swoją wrodzoną łatwością do rysowania świata.

Umieralność w grupie wiekowej Mihajlovicia w ciągu kilkudziesięciu miesięcy od zdiagnozowania wynosi 75 proc. Nieleczona zabija najpóźniej po kilku tygodniach, choć zdarzają się przypadki zgonu w ciągu paru dni. To rak, który zajmuje szpik kostny, a w cięższych przypadkach atakuje węzły chłonne, rdzeń kręgowy albo mózg. Dwa lata temu przyszedł po Mihajlovicia, jakby chciał doświadczyć go jeszcze mocniej.

Bo historia Serba znacznie bardziej przypomina scenariusze kreślone przez Smarzowskiego niż „Listy do M”. – Moja rodzina była biedna, nie było pieniędzy na przedszkole, moi rodzice pracowali i gdy była 6 rano chodziłem do sklepu spożywczego, by opiekować się moim młodszym o cztery lata bratem. W wieku sześciu lat byłam już dorosły. Później była wojna. Pierwszym zniszczonym domem w kraju był mój własny. Zrobił to mój najlepszy przyjaciel, Chorwat. Nie mogłem uwierzyć, że wojna mogła wpływać na przyjaźń. Potem wyjaśnił mi, że jeśliby tego nie zrobił, zabiliby go – opowiadał swego czasu.

Ponownie narodzony

Piszemy o chorobie teraz, bo w ostatnim czasie Sinisa Mihajlović zebrał jej lepsze owoce. Władze Bolonii zdecydowały się nadać mu honorowe obywatelstwo miasta, a z okazji dwulecia przeszczepu szpiku kostnego Serb wydał przyjęcie na 70 osób – część z nich to piłkarze i pracownicy klubu, ale swoją reprezentację miał też szpital Sant’Orsola, bez którego Mihajlovicia już mogłoby nie być. „Zapraszam wszystkich na obiad, właśnie skończyłam dwa lata” – napisał na zaproszeniu. Tego zwrotu używa dość często. Nawet w jego książce czytamy „urodziłem się dwa razy. Pierwszy w Vukovarze, drugi w Bolonii”. Mimo że w metryce jako miesiąc urodzenia ma wpisany luty, to ostatnio śpiewano mu „Sto lat”.

Ból i płacz

Informacja o chorobie Mihajlovicia była szokiem. Jeśli kogoś tak silnego mógł dopaść rak, może absolutnie każdego. W Bolonii ludzie wywieszali transparenty ze wsparciem na budynkach, a piłkarze w geście solidarności przychodzili pod okna szpitala. – Wiem, że chłopaki przychodzili, bo zrobią wszystko, by uniknąć treningu – żartował. Ale ludzi – piłkarzy i zwykłych mieszkańców Bolonii łączyło ich jeszcze coś – strach o życie ich trenera.

Mihajlović: – Bardzo mocno to przeżywałem. Nie jestem żadnym bohaterem. Są ludzie, którzy wstydzą się choroby, ukrywają ją, nie chcą być postrzegani jako słabi, którzy zasługują jedynie na współczucie. Ja chciałem zrobić inaczej, obwieścić światu, że jestem chory i że nie jest to powód do wstydu. Wielokrotnie płakałem, ale nie żałuję żadnej wylanej łzy. Dziś wiem, jak mi to pomagało – opowiada.

To wyznanie jeszcze mocniej pokazuje, jakim wyczynem było pojawienie się na meczu w Weronie. Mihajlović zrobił to w rewanżu za wsparcie, jakie otrzymał.

– Kiedy pojawiłem się na ławce w Weronie ważyłem 15 kg mniej niż dzisiaj. Byłem bardziej martwy niż żywy, ale poszedłem tam, aby wszyscy zrozumieli, że walczę i chcę żyć normalnie. Kiedy zobaczyłem siebie w telewizji, nie rozpoznałem się. Ale nie był to obraz słabości, a siły. Powiedziałem chorobie „teraz powalczmy i zobaczmy, kto wygra”. Jeśli przydarzyło się to mi – wielkiemu chłopowi z silnym, wytrenowanym organizmem, może się to przydarzyć każdemu. Mam nadzieję, że dzięki temu ludzie zrozumieją, jak ważne jest kontrolowanie siebie. Wykonujcie badania krwi co sześć miesięcy. Były czasy, kiedy trenowałem z gorączką 40 stopni. Bolało mnie i może przed rozpoczęciem treningu dawali mi zastrzyk z morfiny. Skoro wtedy się dało, to przed meczem z Weroną, po ponad miesiącu spędzonym w zamkniętym szpitalu, chciałem wyjść na zewnątrz – opowiada.

Lekarz to zrozumiał. Później tłumaczył: – Gdybym zostawił go w szpitalu, umarłby.

Ale to był wyjątek, bo Mihajlović trenował Bolognę zdalnie. Ze swojego łóżka szpitalnego, oglądając sesje treningowe przez wideo i prowadząc w ten sposób odprawy.

Wcześniej w wywiadzie dla „La Gazzetty dello Sport” mówił tak: – – Dla tych, którzy nie przywykli do siedzenia w domu może to być poświęcenie, ale dla mnie to dar. Spędziłem miesiące zamknięty w szpitalnym pokoju, trzy na trzy metry, nie mogłem nawet otworzyć okna. Nosiłem maskę i nie mogłem się przytulać czy podać komuś ręki przez miesiące. Nie muszę nawet zmieniać nawyków! Przeżyłem dwie wojny, bomby zniszczyły mój dom, dla mnie zostanie z rodziną i oglądanie wspólnie telewizji nie jest problemem. Choroba nauczyła mnie doceniać każdą małą chwilę w życiu, choćby to, że nie muszę włączać budzika i mogę się w końcu wyspać.

Bolonia najważniejszym miejscem w karierze

Sinisa Mihajlović karierę w Serie A rozpoczynał w Romie, ale jako piłkarz kojarzony jest przede wszystkim z Sampdorią, Lazio i Interem. Jako trener prowadził tu kilka innych klubów – Catanię, Fiorentinę, Milan i Torino. Ale dopiero przeprowadzka do Bolonii stała się dla niego najważniejsza w życiu.

Już nie chodzi o to, że odkuł się po słabszym czasie i że wyciągnął Bolonię z beznadziejnego położenia ratując dla niej Serie A. Sam uważa, że nigdzie na świecie nie dostałby lepszej opieki medycznej. – To było przeznaczenie, aby ta choroba objawiła się, gdy byłem w Bolonii, gdzie znajdują się jedne z najlepszych ośrodków badań nad rakiem na świecie – nie ukrywa.

W środowy wieczór Bologna zmierzy się z Romą, której trenerem jest Jose Mourinho. Mihajlović i jemu poświęcił odrobinę czasu na przedmeczowej konferencji. – Był przy mnie podczas mojej choroby i nigdy tego nie zapomnę. To świetny trener i wspaniała osoba. Napisał do mnie, kiedy zostałem dziadkiem, mówiąc, że nie może się doczekać, aż mu się to przydarzy, a ja odpowiedziałem, że zawsze jest na to czas. Bardzo się cieszę, że go widzę – mówił.

To też pokazuje zmianę, jaką przeszedł Serb kojarzony wcześniej raczej z wybuchowym charakterem. Przecież z tym samym Mourinho zdarzało mu się drzeć koty. Kilka lat temu obaj skorzyli sobie do gardeł w czasie meczu Catania – Inter. – Kiedyś powiedział coś przeciwko mnie, a ja odpowiedziałem, że nie będę rozmawiać z kimś, kto nigdy nie grał w piłkę na wysokim poziomie. W końcu jednak wyjaśniliśmy i pozostaliśmy przyjaciółmi. Mourinho zawsze był ze mną blisko, nawet podczas mojej choroby i nie zapominam o tym. Pochodzimy z dwóch krajów, w których spryt i lojalność są głównymi bohaterami ludzi, więc jest coś wspólnego.

I jak tu nie wierzyć w wyświechtane przysłowie o przyjaciołach i biedzie.

Mecz Bologna – Roma w środę o godz. 18:30.

Komentarze

Na temat “Narodzony na nowo