SerieALL #8. Idealny timing, czy Pirlo wiedział, co się święci?

Andrea Pirlo
Andrea Pirlo fot. PressFocus

O Milanie, jego serii bez porażki i przyspawaniu do pierwszego miejsca piszemy właściwie co tydzień, więc coś, co do tej pory można było uważać za powiew świeżości lub zaskoczenie, spowszedniało. Nawet jeśli mówimy o zwycięstwie 3:1 w Neapolu. Tym razem zamknijmy zatem zachwyty w jednym zdaniu: Milan jest kandydatem do mistrzostwa Włoch i nie ma pół powodu, by dziś uważać inaczej. Warto za to zerknąć w stronę Juventusu, na który narzeka się niemal bez przerwy, a którego Rossoneri wcale nie trzymają na taki dystans, jak wynikałoby to z relacji w gazetach.

Czytaj dalej…

Zapraszamy na nasz cykl w Goal.pl i na SerieA.pl. Po każdej kolejce włoskiej ligi podsumujemy dla Was wszystkie najważniejsze wydarzenia z minionego weekendu. Żadnych opisów meczów, bo one już były. Luźne uwagi i pomeczowe boki.

Piłka nożna przypomina chodzenie od ściany do ściany. Nie, nie mamy na myśli, że na boisku jest tak nudno, to obserwcaja raczej wszystkiego, co dzieje się wokół. Tu zespół jest tak dobry, jak ostatni mecz – w jeden weekend można zostać “mistrzem świata”, w kolejny nie nadawać się do niczego. Dotyczy to zwłaszcza trenerów. Andrea Pirlo w swoim pierwszym meczu pokonał Sampdorię 3:0 w stylu, jakiego w Turynie Andrea Agnelli pewnie nie pamięta i to nie tylko z racji młodego wieku. Później szampany zostały jednak zakorkowane, bo przyszły remisy niezasłużone (jak z Romą) lub wstydliwe (jak z Crotone i Veroną). Albo utracone w stylu niezgodnym z DNA Juventusu (jak z Lazio). W między czasie Pirlo przegrał z najsłabszą Barceloną od lat i zaczęły się pojawiać pierwsze głosy powątpiewające w sens trzymania trenerskiego żółtodzioba na ławce. Kibice zaczęli dochodzić do ściany.

Oczywiście wybór Pirlo od początku wydawał się kontrowersyjny, o poziomie ryzyka nieznanym na tak wysokim szczeblu, ale odwoływanie go, bo Joaquin Correa przepchnął w Rzymie piłkę między nogami Bentancura, a chwilę wcześniej Alvaro Morata o centrymetry spalił trzy gole z Barceloną, byłoby jeszcze dziwniejsze. Zwłaszcza, że w rozgrywkach o punkty musiał drużynę prowadzić z marszu, bez realnego okresu przygotowawczego. Sytuacja wymusiła na Pirlo traktowanie kilku meczów na początku sezonu jak sparingów. Stąd ustawianie Dejana Kulusevskiego na trzech różnych pozycjach, testowanie Juana Cuadrado po lewej stronie, albo wprowadzanie zawodników jak Gianluca Frabotta i Manolo Portanova. Gdy dopiszemy do tego wszystkiego sytuację kadrową (Matthijs de Ligt właśnie rozegrał swój pierwszy mecz w sezonie po poważnej kontuzji, Merih Demiral również nie grał długo, Paolo Dybala najpierw leczył koronawirusa, później przez półtora miesiąca udo, podobnie jak Alex Sandro, a gdy Aaron Ramsey wreszcie zaczął spełniać oczekiwania, złapał – a jakże – kontuzję i nie ma go już od miesiąca), zobaczymy, że Juventus Pirlo był naprawdę daleki od optymalnego i to bez winy trenera. Teraz tylko czekać, aż Dybala dojdzie do formy z końcówki poprzedniego sezonu…

Warto przypomnieć tutaj okres przejściowy, jaki kilka lat temu miał Massimiliano Allegri, gdy z drużyny poodchodziło kilku kluczowych piłkarzy – Juventus po 10 kolejkach miał na koncie 12 punktów (3-3-4), zajmował 12. miejsce, a nikt trenera za to nie atakował. Ten potrzebował czasu, a gdy go dostał, oczywiście zdobył mistrzostwo z wyraźną przewagą nad resztą.

Przed minionym weekendem Pirlo zapowiedział: “Eksperymenty się skończyły. Teraz musi się już rozpocząć prawdziwy sezon, okres adaptacyjny się skończył i będziemy mieli 10 meczów do rozegrania tak, jakby były finałami. Chcę zobaczyć innego ducha walki”. Możliwości są dwie – albo doskonale wiedział, jaką siłę ma Juventus po pierwszych bardzo średnich tygodniach sezonu, albo idealnie wstrzelił się z timingiem, bo mecz z Cagliari (2:0) otarł się o perfekcję. Jedyne, na co mistrzowie pozwolili Sardeńczykom, to zdobycie gola ze spalonego, a poza tym dominowali bez litości. Oczywiście mówimy tu o starciu z bardzo przeciętnym rywalem, ale jeśli ktoś nie widzi progresu, gdy postawimy obok tego meczu spotkania z Crotone i Veroną, to na pewno nie jest to problem Pirlo.

Wiele wskazuje na to, że Juventus się budzi, a jego potencjał kadrowy wraz z powrotem rekonwalescentów rośnie niewspółmiernie szybko do rywali, którzy go wyprzedzają. Weźmy na przykład taką Romę, która byłaby wiceliderem, gdyby nie administracyjny walkower z Veroną. Pod wodzą Paulo Fonseki zachwyca, właśnie rozniosła Parmę (3:0), ale w nabitym jak kabanos sezonie kluczowa będzie ławka, którą po serii powrotów w Juventusie Giallorossi na pewno mają słabszą. W Romie wielkie mecze gra Henrich Mchitarjan (znów dwa gole, jeden przepięknej urody), ale czy jest to zawodnik, który będzie w stanie utrzymać taką formę dłużej? Z doświadczenia śmiemy wątpić.

To w Juventusie i dysponującym podobną głębią składu Interze pewnie należy szukać drużyn, które wkrótce przypuszczą szturm na miejsce zajmowane przez Milan. Zwłaszcza, że terminarz wybitnie sprzyja Starej Damie – aż do 6 stycznia, gdy zmierzy się na San Siro z Rossonerimi, Juve z jednym wyjątkiem (mecz z Atalantą) podejmować będzie ligowych słabeuszy bądź przeciętniaków – kolejno: Benevento, Torino, Genoę, Atalantę, Parmę, Fiorentinę i Udinese. Całkiem możliwe, że do późniejszych starć z czołówką wjedzie rozpędzona na dobre maszyna.

Mecz kolejki

Inter – Torino 4:2, czyli śmierć, podatki i Granata wypuszczająca z rąk zwycięstwo. Gdy Torino prowadziło na San Siro 1:0, tylko szaleniec mógł dopisywać im trzy punkty. Ale gdy na dwa kwadranse przed końcem sędzia zabrał Interowi rzut wolny tuż przed polem karnym gości, by po sprawdzeniu powtórki podyktować “jedenastkę” za wcześniejszy faul Ashleya Younga i zrobiło się 0:2, wydawało się, że niespodzianka jest jednak możliwa. Nic z tego. Fenomenalny mecz zagrał Romelu Lukaku, który był zamieszany w każdą z czterech bramek dla jego drużyny. A Torino mogło dopisać kolejną pozycję do listy meczów, w których było bliskie zwycięstwa. Tylko w tym sezonie ekipa Marco Giampaolo prowadziła z Atalantą 1:0, z Cagliari 1:0, z Sassuolo 3:1, z Lazio 3:2 (w 95. minucie!) i z Interem 2:0, by zdobyć w tych pięciu meczach – uwaga – jeden punkt.

Wydarzenie kolejki

Powrót Cesarego Prandellego. Blisko półtora roku były selekcjoner włoskiej reprezentacji był bez pracy, po tym, jak rozstał się z Genoą. Teraz zastąpił w Fiorentinie Giuseppe Iachniego i na dzień dobry przegrał 0:1 z Benevento. Trudno wyobrazić sobie gorszy start, zwłaszcza, że benianimek do tej pory tracił bramki tak często, jak Marcin Najman godność. Porażka mogła być jeszcze wyższa, ale kolejny świetny mecz rozegrał Bartłomiej Drągowski, który dwukrotnie wyjął piłkę w sytuacji, w której wydawało się, że musi paść gol.

Kozak kolejki

Zlatan Ibrahimović. Tym razem w głosowaniu wybraliście go Wy – czytelnicy Goal.pl. Ale nasza decyzja byłaby taka sama, choć staje się to już nudne. Szwed na dwie bramki Cristiano Ronaldo z Cagliari odpowiedział dwoma z Napoli. W tym jedną niespotykaną (o tym w punkcie “gol kolejki”). “Ibra” meczu nie dokończył, zszedł z kontuzją. Oby szybko wrócił, bo nieprawdopodobna walka z Ronaldo nie stoczy się sama… Dwóch liderów klasyfikacji strzelców ma łącznie 74 lata.

Polak kolejki

Trzech zagrało naprawdę dobrze – wspomniany Drągowski, Sebastian Walukiewicz i Arkadiusz Reca. Wybieramy Walukiewicza, który był zdecydowanie najpewniejszym punktem Cagliari w meczu z Juventusem i obok Marko Roga najlepszym piłkarzem swojej drużyny. Jeszcze przy bezbramkowym remisie jego wślizg w ostatniej chwili zatrzymał Cristiano Ronaldo, a komentatorzy Eleven słusznie zauważyli: to interwencja jak strzelenie gola. Walukiewicz jest w takiej formie, że Jerzy Brzęczek powinien rozważyć zwiększenie jego roli w reprezentacji.
Przy okazji jeszcze słówko o Recy. Kolejny raz był motorem napędowym Crotone i na dziś trudno wyobrazić sobie ofensywę tego zespołu bez Polaka. No właśnie – ofensywę. Reca w Serie A występuje na pozycji lewego wahadłowego i ma zupełnie inne zadania niż w reprezentacji. W klubie atakuje, w kadrze broni. Warto zadać sobie pytanie: czy w drużynie narodowej jego potencjał jest w jakikolwiek sposób wykorzystywany, czy selekcjoner zrzuca na niego niemal wyłącznie defensywne zadania, a w tych on czuje się najgorzej?

Gol kolejki

“Diabeł ucztował w przestworzach” – napisała “La Gazzetta Dello Sport” opisując trafienie Zlatana Ibrahimovica w meczu z Napoli. Mieliśmy tutaj zgryz, czy wybrać bramkę Szweda, czy jednak uderzenie z woleja Mchitarjana, ale jednak potężne “bomby” sprzed pola karnego zdarzają się dość regularnie, a gole głową z okolicy linii pola karnego są wręcz niespotykane. Inna sprawa, że ten strzał “Ibry” też spokojnie można nazwać “bombą”. Na filmie od 0:15).

Komentarze