SerieALL #2. Świat się pomylił? Mourinho rozkochuje Rzym

Jose Mourinho
Jose Mourinho PressFocus

Kiedy Roma ogłosiła światu, że jej nowym trenerem będzie Jose Mourinho, świat miał wątpliwości. “Wszystko fajnie, ale przecież to wypalony dziadzia odrzucany rok po roku przez kolejne kluby”. Nie wiemy, jak ten rzymski romans się zakończy, ale na razie wygląda na to, że jest jak w piosence Patrycji Markowskiej. Że świat się pomylił.

Zapraszamy na nasz cykl w Goal.pl i na SerieA.pl. Po każdej kolejce włoskiej ligi podsumujemy dla Was wszystkie najważniejsze wydarzenia z minionego weekendu. Żadnych opisów meczów, bo one już były. Luźne uwagi i pomeczowe boki.

W tej układance coś nie pasowało. Przecież Mourinho jest trenerem, który zwykł zabijać piłkę, ograniczał raczej atuty rywali niż eksponował własne, a Roma przez ostatnie lata z różnym skutkiem starała się być drużyną piękną. W swoim DNA miała atak, a w swoim składzie potężny dysonans między jakością obrony i ofensywy właśnie. Branie defensywnego Mourinho do tej drużyny, w dodatku podobno wypalonego, brzmiało w podobnym stopniu jak PR-owe mistrzostwo, które dotrze pod dach każdego kibica na kuli ziemskiej, co przepis na katastrofę. Jakby zapomniano, że Mourinho nie jest ograniczonym siwym panem, który nie ma pojęcia, jaką drużynę przejmuje. Wyciąganie wniosków po dwóch meczach, a już zwłaszcza po koszmarnej Salernitanie, jest może przedwczesne, ale na razie nic nie wskazuje na to, że projekt “AS Roma 2021/22” będzie ciężkostrawny. Mou wie, jakie ma atuty w ataku i zamierza je wykorzystać.

Pomyśleć, że we wcale niegłębokich zakamarkach umysłu Jose czai się pomysł gry z dwoma napastnikami – Tammym Abrahamem i Eldorem Shomurodovem, podczas gdy ustawienie z samym Anglikiem na szpicy okazuje się zabójcze dla rywali. Jego piękny gol w Salerno jest już czymś więcej niż obietnicą doskonałego transferu, bo jeśli piłkarz w takim stylu wchodzi do drużyny, z którą nie przepracował całego okresu przygotowawczego, można spodziewać się najlepszego. Roma Mourinho to na tę chwilę ofensywna maszyna, w której najlepszym strzelcem jest grający w środku pola Jordan Veretout, która za plecami snajpera ma wciąż będącego w gazie Henricha Mchitarjana, Nicolo Zaniolo (akurat z Salernitaną z konieczności musiał za niego grać Carles Perez, ale i tak zaliczył asystę przy bramce Abrahama) i przede wszystkim Lorenzo Pellegriniego, czwartego kapitana zespołu od 1998 roku.

Każdy, kto oglądał przesiąknięty włoskim klimatem film Woody’ego Allena “Zakochani w Rzymie”, wie, jakie skomplikowane losy czekają tam na ludzkie serca. To Pellegriniego należy do Romy, jest jednym z ostatnich bastionów romantyzmu w piłce umoczonej w miliardach euro, choć niewiele brakło, by miłość ta nie mogła zostać skonsumowana. W wieku 15 lat wykryto u niego arytmię, nie mógł nawet trenować, ale dzięki temu, że wada nie była wrodzona, a nabyta (Pellegrini chorował na mononukleozę), wyzdrowiał i po latach rozkochał w sobie Rzym. Do tego stopnia, że w fanatycznej Italii kibice Romy nie mają problemu z jego otwarcie przyjacielskimi stosunkami z Andreą Belottim, Ciro Immobile, czy z budzącymi niechęć tifosich Javierem Pastore lub Federico Fazio. W układance Mourinho Pellegrini stał się najważniejszym ogniwem, a jeśli ktoś ma ochotę popatrzeć na piękne gole, niech rzuci okiem na te Lorenzo z Salerno.

Swoją drogą symptomatyczne, że najpiękniejsze bramki tej kolejki były autorstwa Giallorossich. Roma potrzebowała Mourinho, a Mourinho potrzebował Romy. To małżeństwo z rozsądku na naszych oczach przeradza się w wielką miłość.


Kto wie, czy czegoś przeciwnego nie będziemy obserwować w Turynie. Wpadka Juventusu w Udine miała twarz Wojciecha Szczęsnego, ale porażka u siebie z Empoli obciąża znacznie więcej osób (paradoksalnie – Polaka akurat nie). “To nie jest drużyna” – takie zdanie wypowiedziane przez Giorgio Chielliniego do Massimiliano Allegrego wychwyciły kamery. Mało poprawne politycznie, ale tysiąc razy bardziej prawdziwe, niż ta cała PR-owa papka serwowana nam, gdy piłkarze wiedzą, że są nagrywani.

To nie był jeden z tych meczów, w których kopciuszek strzela bramkę, a później szczęśliwie się broni do samego końca. Empoli krok po kroku realizowało swój plan, kontrowało, nie dopuszczało do czystych sytuacji Juve, i musiało być zdziwione bezzębnością tego tworu, który kiedyś byśmy nazwali maszyną. Chęci na odegranie się po remisie w pierwszej kolejce starczyło na kwadrans, a Włosi – którzy w 80 proc. typowali przed sezonem Juventus na mistrza – zastanawiają się, czy ten projekt nie skończy się kompromitacją. Póki co wygląda to strasznie, a jak zanalizujemy skład Juventusu na Empoli (Empoli!), łatwo dojdziemy do wniosku, że znalazło się w nim tylko trzech piłkarzy nastawionych naturalnie na ofensywę – Cuadrado, Dybala i Morata. Allegri już kiedyś rozpoczął sezon w podobny sposób jeśli chodzi o wyniki. Ale tak koszmarnej gry to w Turynie się nie pamięta.

Mecz kolejki

AC Milan – Cagliari 4:1. Mniej więcej rok temu, gdy Milan wszedł w nowy sezon przeciągając serię bez porażki z poprzedniego, długo wydawało się, że to tylko chwilowy wybryk, że ta drużyna jest jeszcze zbyt krótka na powrót do czołówki. Ale Rossoneri w najlepszej czwórce spędzili 37 z 38 kolejek, wywalczyli wicemistrzostwo i nikt nie mógł już na nich patrzeć z góry. Dlatego początek obecnych rozgrywek to już nie jest nic nienaturalnego, a potwierdzenie odcięcia się od lat przeciętności. Milan z Cagliari był wybitny, komentujący mecz w Eleven Mateusz Święcicki zobrazował to słowami: Rossoneri stąpają dziś po wodzie. Obrazu świetności tego występu nie psuje druga, dość nudna połowa, bo i tak musiały minąć przynajmniej trzy kwadranse, by szczęki po premierowych 45 minutach wróciły na swoje miejsce. Było wszystko – kapitalny gol Sandro Tonalego z rzutu wolnego, dynamika spychająca rywali w pole karne, dwa trafienia Oliviera Giroud, któremu chyba nikt nie powiedział o klątwie koszulki z numerem 9 w Milanie. Jeśli ktoś twierdził, że Stefano Pioli osiągnął w poprzednim sezonie sufit możliwości tej drużyny, niech szykuje się na więcej. Przed Milanem teraz mecze z Lazio, Liverpoolem i Juventusem i nie powiedzielibyśmy, że to będzie sprawdzian dla Rossonerich, a raczej dla ich przeciwników.

Wydarzenie kolejki

Salernitana zapomniała wyjść z szatni. Oczywiście to metafora, ale dobrze obrazująca, jak beznadziejny jest to beniaminek. Mówimy o wydarzeniu kolejki, bo takie rzeczy normalnie się nie dzieją – w całej pierwszej połowie gospodarze wyminili 26 podań. Roma w tym czasie ponad 300. 26 podań oznacza, że każdy piłkarz z Salerno w ciągu 45 minut miał piłkę przy nodze średnio dwa razy. Roma strzelała dopiero po przerwie, ale w momencie, gdy Jordan Veretout pakował piłkę do siatki po raz drugi – o tym trafianiu jeszcze będzie – Salernitana zdążyła od czasu wznowienia gry podać futbolówkę pięć razy. Te statystyki są niespotykane nawet w przypadku, gdy najlepszy zespół w kraju gra z amatorami.

Piłkarz kolejki

Ciro Immobile. Przez lata był on napastnikiem, który gwarantował Lazio przynajmniej 20 goli w sezonie, ale po przyjściu Maurizio Sarriego można było się zastanawiać, czy to się nie zmieni. Ciro u Simone Inzaghiego funkcjonował w systemie 3-5-2, ale gdy dostawał powołanie do reprezentacji i przyszło mu grać w ustawieniu 4-3-3, stawał się ciałem obcym w zespole. Sarri preferuje tę drugą taktykę, ale wygląda na to, że dotarł do Immobile i nie stracił nic z jego atutów. Klasyczny hat trick przeciwko Spezii (6:1) jakby potwierdzał, że obawy o postawę tego piłkarza były przesadzone.

Polak kolejki

Bartosz Bereszyński. Wygląda na to, że Polak zyskał dużą pewność siebie po zmianie trenera w Sampdorii. Roberto d’Aversa daje mu więcej okazji do wykazania się w ofensywie, z czego Polak chętnie korzysta i na pewno nie wygląda w tym elemencie słabo. Jego heat mapa po meczu z Sassuolo (0:0) pokazuje, że Bereszyński mniej więcej po równo dzielił obowiązki na połowie własnej i tej przeciwnika.

Plus zapisać można też przy nazwisku Łukasza Skorupskiego, który zagrał na zero z Atalantą w Bergamo (0:0). Polski bramkarz był bardzo pewnym punktem na przedpolu, ale miał okazję zaliczyć tylko jedną trudną interwencję po strzale Robina Gosensa. Poza tym La Dea niemiłosiernie pudłowała.

Gol kolejki

Jordan Veretout w meczu Salernitana – Roma (0:4). Jeśli tak ma wyglądać Roma Jose Mourinho, to prosimy o więcej. Kilka podań na jeden kontakt otworzyło Francuzowi drogę do bramki, a ten z tego skorzystał. Akcja była przeprowadzona w takim tempie i z taką dokładnością, że zanim gospodarze zorientowali się, gdzie jest piłka, ta wylądowała w ich siatce. Na filmie od 1:27.

Komentarze