Christian Eriksen
Christian Eriksen PressFocus

SerieALL #10. Conte żywi się wojną. Tylko Eriksena szkoda

Antonio Conte doprowadził do niecodziennej sytuacji. Gdy przegrywa, kibice Interu mają go dość – co jest w miarę zrozumiałe. Gdy w bardzo dobrym stylu wygrywa, jak w weekend z Bologną (3:1), ludzie i tak wspierają Christiana Eriksena. Piłkarza, którego regularnie od kilku tygodni upokarza, twierdząc przy tym, że między nimi wszystko jest w porządku.

Zapraszamy na nasz cykl w Goal.pl i na SerieA.pl. Po każdej kolejce włoskiej ligi podsumujemy dla Was wszystkie najważniejsze wydarzenia z minionego weekendu. Żadnych opisów meczów, bo one już były. Luźne uwagi i pomeczowe boki.

Pięć minut z Realem Madryt przy wyniku 0:2 i grze w dziesięciu. Sześć z Sassuolo, gdy Inter prowadził 3:0. W międzyczasie w meczach, w których wynik wciąż nie był pewny (3:2 z Moenchengladbach i 4:2 z Torino) – ławka bez szansy na grę. Teraz kilkadziesiąt sekund z Bologną w momencie, gdy było jasne, gdzie zostaną trzy punkty. Antonio Conte nie może bardziej pokazywać, jak zbędnym dla niego zawodnikiem jest Christian Eriksen. Wszystko przybrało już karykaturalnych rozmiarów, a sobotni mecz stał się niemal symbolem upokorzenia Duńczyka. On sam zdaje sobie z tego sprawę. Przed wejściem na boisko nawet nie próbował udawać skupienia, kamery pokazały raczej człowieka rozbitego, marzącego, by już jechać do domu. Z murawy zszedł z opuszczoną głową. Jako pierwszy, choćby przez moment nie ciesząc się z kolegami ze zwycięstwa. Dwie godziny później na swoim Facebooku opublikował wymowny wpis – do swojego zdjęcia z rozczarowaniem wymalowanym na twarzy dodał słowo “sam” wzbogacone dwoma emotikonkami. Jedna z nich prezentowała zasunięte na zamek usta.

Kiedyś Andrea Pirlo dał do zrozumienia, że Conte to wariat. W jednym z meczów, w którym Juventus wyraźnie prowadził do przerwy, Antonio zrobił w szatni awanturę. Butelki i wulgaryzmy latały od drzwi do okien tylko dlatego, że była okazja prowadzić wyżej, ale piłkarze nie zrobili wystarczająco wiele, by tak się stało. Pirlo mówił, że gdy ten facet się wścieka, szatnia bywa najbardziej niebezpiecznym miejscem na świecie. Innym razem Conte, widząc rozprężenie piłkarzy Juve w końcówce sezonu (zrozumiałe – Stara Dama przyklepała już tytuł z ogromną przewagą), umówił się z Gianluigim Buffonem na odegranie scenki. Bramkarz miał się spóźnić na odprawę i zostać za to zruganym, by wszyscy widzieli, jak ważne jest zwycięstwo w meczu o nic. Skończyło się na “przykładowym” wyrzuceniu Buffona z szatni (a Juventus wygrał z Cagliari 3:0, już po kwadransie mając dwa gole przewagi). Z Turynu odszedł po trzech mistrzostwach z rzędu, zostawiając za sobą spalone mosty. Ma gigantyczną wiedzę i tytaniczny etos pracy (standardem są u niego nocne pobudki, by rozmyślać nad taktyką), ale przy tym krytykował właścicieli za oszczędność, piłkarzom zabierał oddech. Twardziel, jakim jest Giorgio Chiellini przyznał, że trudno byłoby mu współpracować z nim choćby przez jeden dzień dłużej. W Chelsea też pożegnali go bez żalu, a biorąc pod uwagę, jak skonfliktował się z Diego Costą i Davidem Luizem, można tylko domyślać się, że ich myśli były zbieżne z tymi, jakie w czasie ostatnich derbów Krakowa wykrzyczały skyboxy Cracovii.

To wszystko sprawia, że w jakimkolwiek “ludzkim” sporze trudno stanąć po stronie Antonio Conte. Wiedzą to nawet kibice Interu, którzy absolutnie solidaryzują się z Christianem Eriksenem. Po meczu, w którym Nerazzuri grali fragmentami doskonale, w social mediach mało pisało się o świetnym Hakimim, bezbłędnym Brozoviciu, czy bijącym ostatnio strzeleckie rekordy Lukaku. Dominującym hasztagiem był #Eriksen, a we wpisach dominowały słowa wsparcia. Włosi doskonale rozumieją futbol i wiedzą, że dla zawodnika o tak dużym nazwisku granie “ogonów” to poniżenie. O ile motto Juventusu stanowi, że “wygrywanie jest jedyną rzeczą, która się liczy”, fani Interu zwracają uwagę, że w Mediolanie chcą też szacunku do innych wartości.

– Przychodząc do Interu byłem przekonany, że inaczej będzie wyglądać moja gra we Włoszech – mówił Eriksen w jednym z wywiadów przeprowadzonych podczas ostatniej przerwy reprezentacyjnej. – To trochę dziwna sytuacja, kibice chcą oglądać mnie częściej na boisku i ja również chciałbym więcej grać, ale trener ma inne zdanie.

Jest też oczywiście druga strona medalu – Eriksen nie dał wielu powodów, by na niego stawiać, a pozycja Nicolo Barelli jest niepodważalna. Tyle, że mówimy o sezonie z terminarzem napakowanym jak kabanos i o piłkarzu, który byłby zapewne gwarantem jakości, gdyby odpowiednio go zbudować. Sam Conte mówi o nim, że to dobry chłopak, tylko trochę nieśmiały. Powiedzmy sobie szczerze – minuta gry z Bologną raczej jego pewności siebie nie podbije. Oczywiście mogą pojawić się wątpliwości, czy wiemy wszystko. Może Duńczyk nie wkłada zbyt wiele sił w treningi? Może Conte uważa, że jego obecność na boisku wpływa destrukcyjnie na pewność siebie całej drużyny? Usadzenie Eriksena w głębokiej rezerwie byłoby wtedy zrozumiałe, ale w takim razie po co upokarzać go regularnym wpuszczaniem na ostatnie chwile i to jedynie w sytuacjach, w których już nic się nie może zmienić? Bronić Conte nie pomagają także wyniki, bo patrząc na sezon jako całość, na razie dominuje rozczarowanie.

Eriksen cierpi pewnie też dlatego, że nie jest piłkarzem, którego do klubu sprowadzał trener. Był klasycznym transferem Beppe Marotty, specjalisty od przekonywania zawodników z wygasającym kontraktem, których można pozyskać tylko za kwotę obiecaną za podpis pod nowym. Teraz Duńczyk będzie musiał obrać inny kierunek, prawdopodobnie odejdzie już w styczniu. Za grosze, bo ile można żądać za piłkarza, którego prezentuje się jako zdolnego do gry przez pięć minut?

Mecz kolejki

Derby Turynu, czyli śmierć, podatki i Torino przegrywające mimo objęcia prowadzenia. Po pamiętnym meczu z Lazio, który Granata przegrała 3:4, mimo iż jeszcze w 94. minucie prowadziła 3:2 (!), Marco Giampaolo zastanawiał się, czy jego zespół potrzebuje egzorcysty. Może czas przejść od słów do czynów, bo od tego momentu Torino przegrało z Interem mimo prowadzenia 2:0, zremisowało z Sampdorią mimo trafienia Belottiego na 1:0 i teraz przegrało z Juventusem 1:2, po tym, jak już w 9. minucie Nicolas N’Koulou wpisał się na listę strzelców. Andrea Pirlo miał szczęście, że grał z drużyną skorą do roztrwaniania przewagi, bo jego drużyna znów długo wyglądała fatalnie. Wprawdzie jeszcze przed przerwą Juventusowi należał się rzut karny, ale oprócz tego gospodarze tylko raz zagrozili bramce Salvatore Sirigu. Po zmianie stron emocji już nie brakowało – bohaterem “last minute” został Leonardo Bonucci, który wcześniej “spalił” gola Juanowi Cuadrado (absorbował uwagę bramkarza przy strzale z dystansu). Pierwszą bramkę dla Juve zdobył Weston McKennie i co ciekawe, zarówno jego trafienie, jak i to Bonucciego, były identyczne – dołożenie głowy po dośrodkowaniu z prawej strony. – Zespół taki jak Juventus absolutnie nie może wejść w grę bez charakteru, wytrwałości i głodu. Potrzebujesz stylu i dobrej piłki, ale też determinacji. Nie możesz mieć jednego bez drugiego – narzekał po meczu Andrea Pirlo.

Wydarzenie kolejki

Nikt nie traci punktów. A przynajmniej nikt z czołówki. Oprócz Juventusu i Interu, o których było wcześniej, wygrały także Milan (tradycyjnie, tym razem z Sampdorią 2:1) i Napoli (tradycyjnie 4:0, już drugi weekend z rzędu, teraz z Crotone). Rossoneri zaliczyli 30. kolejny występ ze strzeloną bramką, co jest serią niespotykaną. Wiele było głosów, że całość z przodu trzyma Ibrahimović, a tył – Kjaer. W meczu z Sampdorią zabrakło jednego i drugiego, a Milan i tak wygrał bez większych problemów. Choć Stefano Pioli zdecydowanie studzi głowy. – Dla nas to piękna podróż, choć musimy pamiętać, że Inter, Juve i Napoli to zespoły najsilniejsze kadrowo. Jak w ogóle można myśleć, że Juve nie jest faworytem po dziewięciu tytułach z rzędu? Albo Inter, który zainwestował w Hakimiego i Vidala a w zeszłym sezonie był drugi? – przyznał trener Rossonerich Sky Sport Italia (cytat za juvepoland.com).

Kozak kolejki

Wybraliście Achrafa Hakimiego i trudno z tym polemizować. Są takie transfery, które po prostu muszą wypalić, a Marokańczyk jest stworzony do gry w taktyce Antonio Conte. – Wciąż się uczę tutejszej kultury i języka, poznaję nowe miejsca i ludzi. Nie powinno mi to zająć dużo czasu – mówił po meczu z Bologną. Być może to już nastąpiło, bo w sobotę, po serii nieco słabszych występów, wreszcie rozbił bank – dwukrotnie pokonał świetnie dysponowanego tego dnia Skorupskiego, wykańczając wcale niełatwe okazje. Imponuje zwłaszcza trafienie na 3:1, gdy zdecydował się na indywidualną akcję, zejście ze skrzydła do środka i uderzenie tuż przy słupku z okolic linii pola karnego.

Polak kolejki

Takiego Piotra Zielińskiego chcemy oglądać zawsze. Zresztą nie tylko my, a także Gennaro Gattuso. Oddajmy mu głos: – Nie widziałem piłkarza, który mijałby rywali tak, jak Zieliński. On tańczy z piłką przy nodze. Brakuje mu 7-8 goli w sezonie, na które go stać, żeby zostać “top playerem”. Podoba mi się to, jak gra zarówno w środku pola, jak i jako “pomoc” napastnika – mówił po meczu z Crotone (4:0). Zieliński zaliczył ładną asystę przy jeszcze ładniejszym golu Lorenzo Insigne (przepuścił piłkę między nogami rywala i dograł przed pole karne, skąd Insigne pięknie przymierzył), miał też doskonałe liczby. 83 proc. celnych podań (to dobry wynik biorąc pod uwagę, że Zieliński dogrywa przede wszystkim na połowie rywala, w tym wiele zagrań nieoczywistych), aż 80 proc. celnych długich piłek (4/5), komplet udanych dryblingów (3/3) oraz sześć (na osiem) pojedynków wygranych. Wszystko w 69 minut, bo po tym czasie zszedł z boiska. Nic nie wskazuje na to, by cokolwiek związanego z niełatwo przebytym koronawirusem, mogło Polakowi jeszcze przeszkadzać.

Gol kolejki

Wybieraliśmy spośród dwóch uderzeń z dystansu – Sergeja Milinkovicia-Savicia z rzutu wolnego (zwycięstwo Lazio ze Spezią 2:1) i opisywanego wcześniej trafienia Insigne. Decydujemy się na to drugie, ponieważ oprócz fantastycznego strzału kapitana Napoli, warto docenić wcześniejszą założoną siatkę przez Piotra Zielińskiego. Na filmie od 0:54.

Komentarze