Krzysztof Piątek wykorzystuje szansę, na którą nie zapracował

Krzysztof Piątek
Krzysztof Piątek PressFocus

Krzysztof Piątek ma w sobie coś nieoczywistego. Za wyjątkiem pierwszego półrocza w Milanie, gdy faktycznie wszyscy mocno na niego liczyli, a on ten kredyt zaufania spłacał, zawsze gra na opak. W Genoi miał walczyć o miejsce w jedenastce, a strzelał jak szalony. W drugi sezon na San Siro wchodził jako gwiazda, a kompletnie zawiódł. Podobnie, gdy do Herthy szedł jako jeden z najdroższych piłkarzy w historii klubu. Do Florencji trafił, by się odbudować, a na starcie znalazł się w hierarchii przed Brazylijczykiem ściąganym za kilkanaście milionów euro.

  • Gdyby Krzysztof Piątek po transferze do Fiorentiny określił swój wymarzony początek w nowym klubie, prawdopodobnie byłoby to coś bardzo bliskiego od tego, co wydarzyło się w pierwszym miesiącu we Florencji
  • Polak od powrotu do Włoch zdobył już cztery bramki, co daje średnią jednego gola na 75 minut. Nadzieję budzi jednak nie tylko jego dorobek, ale przede wszystkim gra. Piątek zalicza po prostu bardzo dobre występy
  • Włoscy dziennikarze nie mają wątpliwości, że na dziś wyprzedził w hierarchii swojego bezpośredniego rywala do miejsca w składzie

To nie pompowanie na siłę

Cykl SerieALL nigdy nie miał w zamyśle pisania o polskich piłkarzach grających we Włoszech. Miał pokazywać tę ligę szerzej, bez kryterium narodowościowego. Zwracać uwagę na ważne wydarzenia, na okładkowe tematy, próbować odpowiadać na pytania: kto aktualnie jest mocny lub słaby i dlaczego. Przedstawiać najważniejsze lub najciekawsze postacie ligi bez względu, gdzie się one urodziły. Gdyby przewertować poprzednie odcinki – a z grubsza mamy ich na koncie już kilkadziesiąt – tylko pojedyncze traktowały o Polakach. I tylko wtedy, gdy było to uzasadnione. Warto o tym wspomnieć, by zdać sobie sprawę, że to nie jest tak, że jako przedstawiciele polskich mediów ciągniemy rodaka za uszy. Krzysztof Piątek po prostu znów stał się piłkarzem, o którym Włosi piszą dużo. Którego umieszczają na czołówkach. Tylko w ostatnim tygodniu w samej „La Gazzetcie dello Sport” powstało sześć artykułów z Piątkiem w tytule. W tym wyciągnięta na sam przód konferencyjna wypowiedź trenera Vincenzo Italiano o Polaku – co sugeruje, że nic ważniejszego na spotkaniu z dziennikarzami nie mówił. Właściwie wszystkie teksty są pozytywne (bo zdarzył się też neutralny). Piątek otrzymał szansę, na jaką prawdopodobnie nawet nie zasłużył, ale godne podziwu jest to, jak ją wykorzystuje. Od sfinalizowania półrocznego wypożyczenia z Herthy minęło dokładnie 38 dni. Od pierwszego meczu – 32. Tyle wystarczyło, by      strzelić cztery gole – dwa po karnych i dwa z akcji.

Najlepsze miejsce

Niewątpliwie z wszystkich klubów świata, do których realnie mógł trafić Krzysztof Piątek, Fiorentina jawiła się jako ten prawie najlepszy lub nawet najlepszy. Było ryzyko, że odezwą się ograniczenia naszego napastnika, że nie wpisze się dobrze w wizję Italiano polegającą na zespołowości – pamiętamy, ile razy w ciągu ostatnich dwóch i pół roku bywał ciałem obcym w swoich zespołach – ale w gruncie rzeczy te minusy mogły dać znać o sobie wszędzie. A jeśli trzeba było się wyrwać z Berlina, to najlepiej do miejsca, które da mu realną szansę na odrodzenie. Mówiło się na przykład o Genoi, ale czy stanie się częścią zespołu, który nie tak dawno zagrał mecz bez jakiegokolwiek (celnego lub nie) strzału na bramkę, to idealny teren dla napastnika, nawet jeśli od razu wszedłby do podstawowej jedenastki? Fiorentina nie oferowała nielimitowanego czasu na boisku, ba – nawet bardzo mocno limitowany – ale obok tego perspektywy. Piątek wiedział, że swoją szansę dostanie i dostanie ją w drużynie o ofensywnym nastawieniu. Liczba goli, jaką strzelał w niej Dusan Vlahović niewątpliwie wzięła się ze skali talentu Serba, ale przecież także z pomocy partnerów, z której w swoich minutach po transferze korzystać miał też Polak.

Gdy Piątek decydował się na transfer, nie mógł wiedzieć, że Dusan Vlahović lada dzień odejdzie z klubu. Najlepszego piłkarza Violi kusił Arsenal, przebąkiwał o nim Juventus, ale realnie szanse na sfinalizowanie takiej transakcji zimą były pewnie poniżej 50 proc. To nie była jakaś dramatyczna wizja. Pół roku treningów pod okiem Italiano i po 20-30 minut w kilku-kilkunastu meczach to nie jest anonimowa przestrzeń na pokazanie swojej wartości i w tym przypadku zapewnienie sobie przenosin z Berlina na stałe. Samo odejście Vlahovicia, które też można było brać pod uwagę, oczywiście również nie zapewniałoby Polakowi podstawowej jedenastki, bo Fiorentina otrzymałaby wystarczająco duże środki, by je reinwestować. Co w istocie zrobiła sprowadzając z FC Basel Arthura Cabrala, 23-letniego Brazylijczyka, supersnajpera ze Szwajcarii. Liczby Cabrala naprawdę robią wrażenie. Tylko w pierwszej połowie sezonu zdobył dla Bazylei 27 goli w 31 meczach. Sprawdził się w europejskich pucharach, gdzie sumując kwalifikację i fazę grupową Ligi Konferencji zagrał 12 razy, trzynastokrotnie umieszczając piłkę w siatce.

Cabral zdecydowanie może być traktowany jak brakujące ogniwo po sprzedaży Vlahovicia. Zresztą chwilę po podpisaniu z nim kontraktu, Italiano wystawił go w podstawowym składzie na mecz z Lazio. Po co czekać, skoro piłkarz jest w gazie, nie ma żadnych zaległości treningowych i można szybko wprowadzić go do drużyny. Ocenianie Brazylijczyka przez pryzmat jednego zaledwie meczu jest oczywiście absurdalne, ale w kontekście jego rywalizacji z Piątkiem ten jeden mecz już nie był wyłącznie detalem. Pewne rzeczy działają na wyobraźnię. Polak w debiucie strzelił gola przeciwko Napoli w Coppa Italia, później zaliczył udany, choć bezliczbowy, występ z Cagliari, a gdy wrócił do jedenastki w pucharze z Atalantą, był najlepszym zawodnikiem Violi. Cabral przeciwko Lazio był prawdopodobnie najsłabszym ofensywnym piłkarzem na boisku i nawet jeśli za moment wykorzysta kolejne szanse – z dużym przekonaniem można zakładać, że tak będzie – chwilowo (?) dał paliwo reprezentantowi Polski.

Krzysztof Piątek, wersja 2.0

Już przed meczem ze Spezią Piątek stał się w ten sposób faworytem dziennikarzy do gry w podstawowym składzie. „LGdS” ma zwyczaj, by w przypadku pozycji, na których można mieć wątpliwości co do personaliów, szanse określać procentowo. W przypuszczalnym ustawieniu na poniedziałkowe starcie Piątek wygrał z Cabralem w stosunku 60 do 40. Co najmniej tak samo dobrze jego akcje musiały stać u trenera, bo faktycznie wyszedł od pierwszej minuty. Naładowany, pełen życia i – co chyba najważniejsze – doskonale przygotowany do gry w systemie Fiorentiny. Wracał po piłkę, brał się za rozgrywanie – i robił to bardzo dobrze. Był cały czas pod grą, nie miał problemów z dynamizowaniem akcji poprzez wymianę podań z pierwszej piłki. W taki właśnie sposób stworzył w drugiej połowie doskonałą okazję jednemu z partnerów. To na pewno nie była uboga wersja Krzysztofa Piątka, do której wszyscy się już chyba przyzwyczailiśmy. Jakby jego niedoskonałości, którymi raził właściwie zawsze, po prostu zniknęły.

Piątek nie wykorzystał też rzutu karnego – już drugiego od powrotu do Włoch – ale zadbał, by właściwie nie było o czym mówić. By wzmianka o zdarzeniu z pierwszego kwadransa i jego strzale w słupek pojawiła się gdzieś na końcu, a nie dominowała w relacji.

Rywalizacja trwa, ale zmienił się lider

Naiwnością byłoby twierdzenie, że Piątek wygrał już rywalizację z Cabralem. Na razie wygląda to jednak tak, że Brazylijczyk potrzebuje chwili na aklimatyzację, a szalone liczby, jakie produkował w Szwajcarii, nie będą miały błyskawicznego przełożenia na jego start we Włoszech. Polak natomiast przez włoskie media jest określany jako „bombowiec” dający na dziś większą gwarancję zdobywania goli. Biorąc pod uwagę, że ma jeszcze niespełna cztery miesiące do przekonania władz Violi, by wykupić go z Herthy, jest to kluczowe. Vlahović był rywalem, którego najlepsza wersja Piątka nie byłaby w stanie dosięgnąć. Cabral startował z pole position w rywalizacji z Polakiem, ale – przynajmniej na wstępie – różnica nie była na tyle wyraźna, by nie dało się jej nadrobić. Dziś to Piątek jest podstawowym napastnikiem Fiorentiny i ma wszystko, by na dobre wrócić do żywych.

Mecz kolejki

Atalanta – Juventus 1:1. Były mecze w tym sezonie bardziej efektowne, jednak starcie La Dei ze Starą Damą w niczym nie zawiodło. Chyba, że jest się kibicem Atalanty, to gol w 92. minucie strzelony przez Danilo po dośrodkowaniu z rzutu rożnego musiał zaboleć. Wcześniej gospodarze zrobili sporo, by wygrać. Trudno zrozumieć jednak, jak Martin de Roon nie zamknął tego spotkania, gdy miał przed sobą właściwie tylko bramkę i uderzył w jej obramowanie. Z drugiej strony na pewno nie można mówić o słabym meczu w wykonaniu Juve. – Byłoby rozczarowujące przegrać mecz po tak dobrej grze – powiedział Allegri dla DAZN.

Remis z dość dużym prawdopodobieństwem zamknął obu drużynom prawo do myślenia o wywalczeniu mistrzostwa Włoch, choć Gianpiero Gasperini nigdy otwarcie nie mówił, że jest to jego cel, a Allegri od dawna tonował nastroje. Ostatnie wyniki Juve połączone ze stratami Interu pozwalały jednak mieć nadzieję na sensacyjny – patrząc po przebiegu całego sezonu – finisz. Jeszcze raz trener Juventusu: – Już wcześniej było wiadomo, że mamy za dużo punktów straty do trzech czołowych drużyn. Po prostu staramy się poprawić nasze występy i musimy zrobić krok do przodu. Powiedziałem we wrześniu, że Inter zgarnie tytuł, nadal czuję, że są najsilniejszą drużyną, z całym szacunkiem do Milanu i Napoli. W tej chwili Inter jest silniejszy niż Juve. Na początku sezonu straciliśmy zbyt wiele punktów. Gdybyśmy mieli chociaż cztery oczka więcej, to wtedy moglibyśmy dywagować o tytule.

Wydarzenie kolejki

Inter nie wygra walkowerem. Po tym, jak w czterech ostatnich meczach Inter zanotował tylko jedno zwycięstwo, Nerazzuri stracili pozycję lidera. Wciąż jednak mogą ją odzyskać, bo w terminarzu mają jeden mecz zaległy w stosunku do rywali. W ostatnich tygodniach klub z Mediolanu walczył, by jednak do wyjazdowego spotkania z Bologną w ogóle nie doszło, domagając się walkowera. Sportowy Sąd Apelacyjny odrzucił ten wniosek, przyznając, że o nierozegraniu meczu w pierwotnym terminie (6 stycznia) zadecydowała „siła wyższa” (kwarantanna zespołu gospodarzy po wielu zachorowaniach na COVID-19). Przypomnijmy, że piłkarze Interu pojawili się wówczas na Renato Dall’Ara, ale z przyczyn oczywistych nie doczekali się na gospodarzy. Włoskie media sugerują, że Mediolańczycy nie zamierzają jednak składać broni i zaskarżą decyzję do Rady Gwarancyjnej CONI.

Piłkarz kolejki

Mattia Zaccagni (Lazio). Wywalczony karny i dwa gole w meczu z Bologną to wystarczający dorobek, by być najlepszym piłkarzem kolejki. Ale występ 26-letniego Włocha to coś więcej. To przełamanie i pierwsze bramki od ośmiu spotkań i być może wreszcie wyraźny sygnał, że Maurizio Sarri może liczyć na dwóch napastników, a nie tylko na niezawodnego Ciro Immobile. Do tej przygoda Zaccagniego z Lazio nie była udana. Pod górkę było od samego początku, gdy po transferze z Hellasu, musiał pauzować z powodu problemów z udami i kolanami. Teraz wreszcie Sarri dostał powody, by go pochwalić. – Zaccagni to zawodnik, który ma wiele mocnych cech, a także całkiem dobrze się zaadaptował w zespole. Niestety po przyjeździe doznał kontuzji. Dużo rozmawiamy, że musi bardziej atakować bramkę, wykorzystywać swoją siłę przy dośrodkowaniach. Dzięki temu strzelił dwa gole przeciwko Bolonii. Uważam, że to jeszcze nie jest wszystko, na co go stać – przyznał trener rzymian.

Polak kolejki

Krzysztof Piątek. Jego początek przygody z Fiorentiną opisujemy wyżej, natomiast tutaj krótko: obserwując Piątka w czasie meczu ze Spezią można było odczuwać wyłącznie przyjemność. Determinacja, z jaką dążył do strzelenia bramki po tym, jak zmarnował rzut karny, była godna pochwały.

Na pochwałę zasługuje także Jakub Kiwior, który stał się niezbędnym elementem w środku pola Spezii. Jego powrót za Nikolą Milenkoviciem, gdy po kilkudziesięciometrowym sprincie zablokował zawodnika Violi, był imponujący. Nie bez powodu „La Gazzetta dello Sport” uznała Polaka najlepszym zawodnikiem swojej drużyny.

Gol kolejki

Rusłan Malinowski (w meczu Atalanta – Juventus). Ukrainiec staje się dla Juventusu kimś w rodzaju bestia negra – potwora, który rozszarpuje na kawałki. To po jego bramce Atalanta wygrała z Juve w poprzednim sezonie, teraz dorzucił następną jeszcze większej urody. Jeśli piłka wpada do siatki, mimo że współczynnik xG w tej sytuacji wskazuje 0,02, musimy mieć do czynienia z wyjątkowym golem.

Komentarze