Allegri walczy z przeciętnością. Wbrew pozorom nie jest na przegranej pozycji

Massimiliano Allegri
Massimiliano Allegri PressFocus

Przed trwającym właśnie sezonem w sondażu opublikowanym przez „La Gazzetta dello Sport” około 80 proc. Włochów na mistrza wskazywało Juventus. Gdyby podobne badanie przeprowadzić teraz, każdy wynik poniżej 90 proc. wskazań na Inter byłby sporą niespodzianką. Inter ucieka, w dodatku z meczu na mecz będąc coraz lepszym, i nikt nie goni. A Juve? Ani przez moment nie było nawet blisko czołowej czwórki. Ale patrząc, co się w niej dzieje, sezon wcale nie musi być dla niego stracony.

  • W Turynie nie myśli się już o mistrzostwie Włoch, a dotarciu do najlepszej czwórki
  • Mimo że wciąż grę Juventusu cechują mankamenty, szansa by znaleźć się w kolejnej edycji Ligi Mistrzów wcale nie jest taka mała
  • Dogonienie rywali, do których strata jeszcze niedawno wynosiła 16 punktów, jest całkiem realne

Kryzys niedawnych liderów

To nie było wcale tak dawno, ledwie siedem kolejek wstecz. Milan i Napoli zgodnie prowadziły w lidze mając na koncie po dziesięć zwycięstw i tylko jednym remisie. Od tego czasu wszystko się posypało. Rossoneri w siedmiu następnych grach zanotowali bilans 2-2-3 (wygrywając tylko z Genoą i Salernitaną – drużynami ze strefy spadkowej), dokładnie taki sam jak Azzuri (dzięki niedzielnemu zwycięstwu nad Milanem właśnie). Oczywiście powody można łatwo znaleźć, bo przy tej liczbie kontuzji czołowych zawodników i kalendarzu napiętym do granic wytrzymałości, właściwym pytaniem nie było, czy nastąpi kryzys, a kiedy i jakich rozmiarów.

Gdy Milan i Napoli jeszcze podzielnie królowały nad Serie A, Juventus tracił do nich 16 punktów. Od tego czasu wcale nie zaczął zachwycać. Z Fiorentiną wygrał po golu w doliczonym czasie, do tego gubił punkty z Atalantą (0:1) i nawet Venezią (1:1), ale zmniejszył dystans do ośmiu oczek. I ponownie ma powody, by celować w czwórkę, bo nawet samemu wyglądając słabo, wygląda lepiej od niedawnych liderów ligi.

Allegri zmienia mentalność

Problemy Juventusu trwają już zbyt długo, by Massimiliano Allegri nie doszedł do wniosku, że ten zespół nie ma umiejętności, by z lekkością kontrolować wynik kolejnych meczów i narzucać swoją wyższość, jak to robiła jego poprzednia drużyna. Postawił na pracę u podstaw. Niski pressing i przede wszystkim usunięcie czynnika, który wykończył Andreę Pirlo – braki w koncentracji u poszczególnych zawodników. To one prowadziły do katastrof w poprzednim sezonie i od początku obecnego, jednak od pewnego czasu defensywnie Juventus prezentuje się naprawdę godnie. W Bolonii był pod tym względem niemal perfekcyjny. To największy postęp, który doprowadził do tego, że z -16 do Milanu i Napoli (specjalnie wskazujemy na te zespoły, bo wydaje się, że to właśnie je ma szansę złapać Juventus) zrobiło się -8.

Problemem wciąż jest jednak ofensywa. Nie ma właściwie rywala, z którym jeszcze przed meczem można założyć dominację. Dowód znajdujemy w liczbach – Juventus pod względem goli oczekiwanych zajmuje dopiero dziesiąte miejsce w lidze, choć biorąc pod uwagę tylko ostatni miesiąc – już szósty. Allegri dziś nie ma podstawowej taktyki – ostatnio grał dużo 4-2-3-1, choć w Bolonii już 4-3-3. Ból głowy polega na czymś innym – trener z Livorno nie ma pewniaków w ofensywie. Piłkarzy, na których mógłby się oprzeć. W ostatnim czasie są to wyłącznie Cuadrado. Bernardeschi ma przebłyski, ale wciąż jest wielkim rozczarowaniem. Morata? W kryzysie od początku sezonu, choć wciąż w niektórych momentach się przydaje. Dybala? Przez kontuzje nie dobił nawet do 1000 minut w tym sezonie. Chiesa też coraz częściej ma problemy z urazami. Ta piątka jednak pozwala myśleć o zdobywaniu punktów, natomiast są tacy, którzy najczęściej nie przekraczają nawet poziomu przywoitości, jak choćby Alex Sandro, Dejan Kulusevski, Rodrigo Bentancur, Moise Kean, Adrien Rabiot i oczywiście Aaron Ramsey. To wszystko duże nazwiska, które grają słabo. Ale i dowód na to, jak wielki margines na poprawę ma Juventus. Jeśli choć część z tych zawodników odpali w nowym roku, pościg za czołówką po prostu musi się udać.

Kluczowy styczeń i luty

Allegri zawsze powtarzał, że dla niego sezon zaczyna się w marcu. Teraz dla odmiany kluczowy będą styczeń i pierwsza połowa lutego, bo jeśli nie przejdzie przez nie suchą stopę, w kolejnych miesiącach pozostanie dogorywanie. Juventus ma bardzo trudny terminarz od momentu wznowienia gry. Na dzień dobry Napoli u siebie i Roma na wyjeździe. Później walka z Interem o Superpuchar, lżejsze spotkania z Udinese i Sampdorią, by znów wejść na ścieżkę z Milanem, Hellasem i Atalantą.

Mecz kolejki

Fiorentina – Sassuolo 2:2. Przy okazji meczów obu tych ekip warto rezerwować czas, bo zawsze dzieje się dużo. Z góry można było zatem zakładać, że gdy spotkają się ze sobą, będzie to pozycja obowiązkowa. Jeśli jednak nie oglądaliście, a w przerwie jedynie zerknęliście na wynik na Flashscorze (0:2), mogliście się zastanowić, co się dzieje z Violą, która pod wodzą Vincenzo Italiano raczej nie miała problemów z konstruowaniem akcji. A prawda była taka, że gospodarze grali mecz… znakomity. Z jednym zastrzeżeniem – powstrzymywał ich Andrea Consigli, który na te 45 minut stał się najlepszym bramkarzem świata. Fiorentina powinna strzelić co najmniej cztery gole, a nie zdobyła żadnego, jednocześnie dając szansę rywalom na wyprowadzenie dwóch skutecznych kontrataków. Po przerwie wreszcie wyrównała i można tylko żałować czerwonej kartki dla Cristiano Biraghiego, bo całkowicie zabiło to ten wyśmienity mecz.

Wydarzenie kolejki

33. gol Dusana Vlahovicia w roku kalendarzowym. Florencja pokochała 21-letniego Serba. Musiała się śpieszyć, w końcu tak szybko odejdzie. Vlahović nie przestaje strzelać – gol przeciwko Sassuolo (2:2) przypieczętował nie tylko przedłużenie serii z przynajmniej jednym trafieniem do sześciu kolejnych meczów, ale i do wyrównania rekordu Cristiano Ronaldo z 2020 roku. W przypadku Ronaldo skończyło się transferem do Premier League (choć oczywiście to twierdzenie pół żartem, pół serio – jasne jest, że powody odejścia z Juventusu do Manchesteru United były inne). Jest bardzo prawdopodobne, że Vlahović również i ten krok skopiuje.

Piłkarz kolejki

Lucas Torreira (ACF Fiorentina). Doskonały mecz Urugwajczyka z Sassuolo zakończony bramką i asystą. Ale nie tylko, bo 25-latek udanie funkcjonował między obroną a atakiem. „La Gazzetta dello Sport” podsumowując jego występ napisała krótko: wszystko mu się udawało. Występ w niedzielę był ukoronowaniem bardzo dobrego grudnia w jego wykonaniu. Wiele wskazuje na to, że po powrocie do Arsenalu, Kanonierzy otrzymają tej klasy piłkarza, jakiego oczekiwali wypożyczając go do Toskanii.

Polak kolejki

Piotr Zieliński. Na San Siro wyszedł jako kapitan Napoli i faktycznie poprowadził swój zespół do zwycięstwa. Asysta już w 5. minucie przy golu Eljifa Elmasa okazała się kluczowa, bo więcej bramek w tym spotkaniu już nie było. Ale Zieliński jest kluczowy nie tylko ze względu na liczby (w tym sezonie w klasyfikacji kanadyjskiej ma już 5+5), ale też przy fragmentach gry, których nie da się zmierzyć. Jego przyjęcie kierunkowe zna już każdy na kontynencie, a on mecz po meczu nabiera na nie kolejnych piłkarzy. „LGdS” pisze wprost: to światło Napoli i umysł Spallettiego na boisku.

Poza tym to był naprawdę niezły weekend dla Polaków. W meczu Spezia – Empoli (1:1) obie bramki samobójcze wypracowali Biało-Czerwoni – najpierw świetnym rajdem popisał się Arkadiusz Reca, później czymś podobnym odpowiedział Szymon Żurkowski (który generalnie rozegrał kolejny świetny mecz). Warto też podkreślić czyste konto Wojciecha Szczęsnego w meczu Bologna – Juventus (0:2). Polak nie miał wiele pracy, choć zaliczył dwie udane interwencje, ale uwagę zwraca to, że w sześciu ostatnich spotkaniach przepuścił zaledwie dwa gole.

Gol kolejki

Alexis Sanchez w meczu Salernitana – Inter (0:5). Bardzo rzadko doceniamy tu bramki po fantastycznych akcjach drużynowych, a kolejka bez fenomenalnych goli przewrotkami lub po strzałach z 30 metrów to dobra okazja, by nieco to zmienić. Samo wykończenie Chilijczyka było standardowe – ot strzał w długi róg w sytuacji sam na sam, ale całe rozprowadzenie ataku przez Inter, z kluczowym podaniem z pierwszej piłki Hakana Calhanoglu, to jest już cudo. Co więcej – taka gra stała się dla Interu Simone Inzaghiego codziennością, bo już wcześniej widzieliśmy kilka podobnych akcji mistrzów Włoch.

Komentarze