Zastaw się, a postaw się, czyli jak nie przesadzić z zimowymi wzmocnieniami

Nani (L) w barwach Venezii
Nani (L) w barwach Venezii PressFocus

Niedawno analizowaliśmy ruchy transferowe klubów z czołówki Serie A. W większości przypadków dyrektorzy sportowi skupiali się na poszerzeniu ławki rezerwowych, wzmocnieniu rywalizacji na danej pozycji bądź łataniu dziur w kadrze wynikających z kontuzji konkretnych zawodników. Niektóre zespoły, jak choćby Milan, niemal w ogóle powstrzymały się od poważniejszych decyzji. Odosobniony był przypadek Juventusu, który rozbił bank, sięgnął po broń ciężkiego kalibru i ściągnął z Fiorentiny Dusana Vlahovicia, który powinien stać się gwiazdą ligi i europejskich boisk na lata. Takie zdecydowane ruchy także są zrozumiałe, szczególnie, gdy stawką drugiej części sezonu mogą być miliony za awans do Ligi Mistrzów. Co jednak dzieje się, gdy stawką nie jest Liga Mistrzów, ale utrzymanie w lidze? Okazuje się, że włoskie kluby potrafią wykazać się pomysłowością i ściągać nazwiska, które robią (a przynajmniej kiedyś robiły) spore wrażenie.

  • Zimowe okno transferowe w Serie A ciekawie wyglądało także w dolnych rejonach tabeli
  • Salernitana i Venezia zbroiły się mocno, ale czy te ruchy się spłacą?
  • Historia pokazuje, że w przeszłości zimowe mercato różnie wychodziło drużynom walczącym o utrzymanie

Nie będziemy ukrywać, że klubem, który popchnął nas do przyjrzenia się temu tematowi jest Salernitana. Sytuacja klubu z Arechi jest bardzo trudna, w tym momencie strata do bezpiecznego miejsca wynosi dziewięć punktów. We wrześniu kontrakt z klubem podpisał Franck Ribery, który wyróżniał się na tle kolegów z drużyny mimo 38 lat na karku, ale to dalej było za mało. W styczniu zrobiono więc krok naprzód i dyrektorem sportowym Salernitany został Walter Sabatini. Niemal od razu pojawiły się informacje o tym, jakimi nazwiskami interesuje się najsłabszy zespół obecnego sezonu. Jednym z najgłośniejszych potencjalnych nabytków był Diego Costa. Dawna gwiazda Atletico Madryt i Chelsea okazała się jednak być w tak słabej formie fizycznej, że nawet w Salerno stwierdzono, że nic z tego nie będzie. Sam piłkarz także nie chciał w umowie zapisu o automatycznym przedłużeniu kontraktu w przypadku utrzymania w Serie A. Sabatini walczył jednak dalej i podobno próbował przekonać do przyjścia Javiera Pastore, z którym pracował już kiedyś w Palermo. Niestety Argentyńczyk prawdopodobnie na boisku prezentowałby się wcale nie lepiej niż Diego Costa, który w ostatnich miesiącach więcej imprezował, niż grał w piłkę. Ten ruch sportowo raczej nie byłby udany, więc plotki szybko przycichły.

W Salerno pojawiły się za to inne nazwiska, które dawniej mogły robić wrażenie. Federico Fazio przed przyjściem na Arechi przez 9 miesięcy nie zagrał w żadnym oficjalnym meczu. Luigi Sepe był dawniej solidnym bramkarzem Parmy, ale ostatnich kilka miesięcy spędził w “klubie kokosa” na Ennio Tardini. Inny dawny zawodnik Romy Diego Perotti również przez ostatnich kilkanaście miesięcy był poza poważną piłką. Dwoma golami z rzutów wolnych przeciwko Spezii przywitał się z kibicami Simone Verdi, w którego powrót do formy w Torino nie wierzył już nikt. Na pewno szatnia Salernitany zyskała wiele doświadczenia, ale trudno uwierzyć, by piłkarze po przejściach dokonali cudu i uratowali Serie A na Arechi.

Venezia nie jest w aż tak trudnym położeniu, bo klub z Pier Luigi Penzo na razie “tylko” balansuje na granicy strefy spadkowej, ale i tak beniaminek postanowił zainwestować w kilka głośnych nazwisk. Ściągnięcie Naniego – mistrza Europy i triumfatora Ligi Mistrzów – to marketingowy majstersztyk, a sam zawodnik zdążył na dzień dobry zaliczyć asystę w meczu z Empoli. Oczywiście mówimy o zawodniku 35-letnim, ale w Venezii jest wielu młodych graczy, którzy przy Portugalczyku mogą sporo zyskać, a sam zespół już wcześniej opierał się na ciekawych piłkarzach. Jeśli Nani będzie zdrowy, powinien stanowić solidne wzmocnienie składu, ale nie musi dźwigać całej drużyny na swoich barkach, jak robił to Ribery w Salernitanie. Do tego dochodzi transfer Mickaela Cuisance’a, po którego trzy lata temu sięgnął Bayern Monachium (dzięki temu Francuz obejrzał z ławki wygrany finał LM w 2019 roku), choć w Bawarii pomocnik stanowił tylko tło i grał rzadko. Zimowe poważne wzmocnienia dopełnił Jean-Pierre Nsame, który w poprzednich dwóch sezonach w Young Boys zdobywał koronę króla strzelców ligi szwajcarskiej. Tajemnicę takiego ruchu wyjaśnia fakt, iż Kameruńczyk nie grał przez ostatnich 6 miesięcy z powodu ciężkiej kontuzji. W Venezii liczą jednak, że szybko odbuduje formę i dołoży kilka cennych bramek. 

Ogólnie rzecz biorąc, jak na beniaminków, którym widmo spadku zagląda w oczy (w przypadku Salernitany jest to bardzo głębokie spojrzenie), dyrektorom sportowym udało się przekonać całkiem poważnych graczy do tego, by zaryzykować wpisanie w piłkarskie CV relegacji do Serie B. Jednak w ostatnich latach takie szalone zimowe ruchy w wykonaniu słabeuszy nie były niczym nadzwyczajnym. Nie było też większych problemów, by przekonać naprawdę duże nazwiska do gry w słabych klubach, które zagrożone spadkiem inwestowały ostatnie oszczędności. Ostatecznie i tak zwykle okazywało się, że przebrzmiałe gwiazdy inkasowały gażę za kilka miesięcy pobytu w zespole, a klub po spadku bankrutował bądź grzązł na lata w Serie B. O Parmie, która z rumuńskim zaciągiem za ponad 20 milionów euro, Graziano Pelle ściągniętym z Chin i Joshuą Zirkzee wypożyczonym z Bayernu spadała z hukiem w zeszłym sezonie sami doskonale pamiętacie. Benevento ściągające zimą w sezonie 2017/18 Bakary’ego Sagnę, Cheicka Diabate i Sandro – graczy wcześniej przez lata grających w Premier League i Ligue 1 – także liczyło, że ich doświadczenie zdziała cuda. Jednak ani Salernitana, ani Venezia, Parma czy Benevento nie były najbardziej zdesperowanymi klubami ostatnich lat. Przestrogą dla tych, którzy za dużo inwestują w zimowym okienku, może być historia Ancony z sezonu 2003/04.

Klub ze Stadio del Conero znajdował się w dużo trudniejszym położeniu, niż mająca obecnie 11 punktów Salernitana. Ancona po rundzie jesiennej miała na koncie… 5 punktów, wszystkie dzięki remisom. Wtedy w lidze występowało 18 zespołów, 3 ostatnie spadały, a 15. miejsce dawało grę w barażu o utrzymanie. Sytuacja beniaminka była dramatyczna, więc prezydent Ermanno Pieroni postanowił działać. W styczniu czerwoną koszulkę założył Mario Jardel, który przez 8 wcześniejszych lat w barwach Porto, Galatasaray i Sportingu zdobył łącznie 271 bramek (!). Problem w tym, że już podczas oficjalnej prezentacji było widać, że owa czerwona koszulka jest nieco zbyt mała, a po przebieżce wzdłuż trybuny z wiwatującymi kibicami Brazylijczyk wyglądał, jakby przebiegł maraton. Nikt nie zdawał sobie wtedy sprawy z tego, że Jardel przyszedł do Ancony z nadwagą i depresją spowodowaną sprawą rozwodową. To nie miało prawa wypalić. Dawna gwiazda zagrała w trzech meczach, a w ostatnim – przeciwko Udinese – napastnik został zdjęty z boiska w 36. minucie.

Pół biedy, gdyby prezydent Pieroni zainwestował tylko w Jardela. Zimą klub sięgał absolutnie po każdego piłkarza, jaki nawinął im się pod rękę. Magnus Hedman, Dino Baggio, Luis Helguera (brat Ivana z Realu Madryt, być może ktoś ich w Anconie pomylił?), Eusebio Di Francesco (wtedy już 34-letni), Dario Hübner (wówczas 36 lat na karku i co najmniej paczka papierosów dziennie). To tylko bardziej znane nazwiska z zimowego zaciągu. Wielu graczy pojawiło się w klubie, ale nie zagrało żadnego meczu (bądź nie było w stanie zagrać). W Anconie w tamtym sezonie wystąpiło łącznie… 46 piłkarzy. Aż 55 zostało zgłoszonych do rozgrywek, co do dziś jest rekordem Serie A. Klub zakończył sezon z 13 punktami na koncie, a kolejnego w Serie B już nie rozpoczął z powodu bankructwa. Sam prezydent Pieroni został aresztowany za defraudację pieniędzy. 

Powyższy przykład to tylko przestroga dla klubów, które w zimowym okienku transferowym chciały grać va banque, choć nie miały sportowych i finansowych szans na utrzymanie. W przypadku Venezii, Salernitany czy Genoi, które w tym momencie znajdują się na miejscach spadkowych, zimowe wzmocnienia zostały przeprowadzone w ramach ich finansowych możliwości. Zawodnicy, którym zaoferowano najwyższe zarobki, podpisywali umowy do końca sezonu, ewentualnie z opcją przedłużenia w przypadku utrzymania. Poza tym dzięki takim ruchom transferowym kibice Serie A mogą mieć pewność, że nawet zespoły zamykające tabelę nie składają broni i zamierzają do upadłego walczyć o utrzymanie. A my przy okazji znów mamy okazję oglądać na boiskach zawodników, o których niektórzy już praktycznie zdążyli zapomnieć. 

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, Eleven Sports

Komentarze