Rewelacja pierwszej rundy. Na czym polega ich fenomen?

Paweł Dawidowicz
Paweł Dawidowicz PressFocus

Życie beniaminka Serie A nigdy nie jest usłane różami. W ostatnich latach większość z nich spadała z hukiem do Serie B. Jeśli któryś zdołał się utrzymać, to zwykle tonął w ligowej szarzyźnie albo spadał w kolejnym sezonie. Utarło się przekonanie, że to właśnie drugi sezon jest dla beniaminków najtrudniejszy, bo po utrzymaniu w lidze najlepsi zawodnicy odchodzą do lepszych klubów, a gra w najwyższej klasie już nie działa na piłkarzy tak mobilizująco. W tym sezonie jest jednak w Serie A ktoś, do kogo takie rozumowanie kompletnie nie trafia. To Ivan Jurić i jego Hellas Verona, który po pierwszej części rozgrywek śmiało można nazwać rewelacją rundy.

Wygrana z Juventusem, remisy z Lazio, Interem czy Atalantą, jedna z solidniejszych defensyw w lidze i zaskakująco wysokie 9. na koniec sezonu. Tak wyglądały poprzednie rozgrywki w wykonaniu zespołu, który do Serie A awansował przez baraże, którego najlepszy strzelec miał na koncie tylko 8 goli i którego budżet płacowy był jednym z najniższych w lidze. Niektórzy zawodnicy zostali wyciągnięci z klubów, w których nikt ich nie potrzebował. Darko Lazović, Koray Guenter, Fabio Borini, Sofyan Amrabat, Miguel Veloso, Valerio Verre – wypożyczeni z zespołów, w których i tak nie mieliby szans na grę albo ściągnięci po wygaśnięciu kontraktu z poprzednim klubem. Reszta to gracze, którzy wywalczyli awans z Serie B (z leciwym i ledwo biegającym Giampaolo Pazzinim na czele) albo zupełnie nieograni wychowankowie, tacy jak Marash Kumbulla. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak typowa zbieranina, która może mieć spory problem z utrzymaniem się w lidze.

W Weronie po awansie do Serie A pojawił się jednak ktoś, kto świetnie wszystko poukładał. Ivan Jurić, który miał za sobą trzy nieudane pobyty w Genoi, był trenerskim uczniem Gian Piero Gasperiniego. W Weronie postanowił stworzyć małą kopię Atalanty, która w tym samym czasie robiła już furorę w Lidze Mistrzów. Skoro nie miał w składzie takich indywidualności, jak Josip Ilicić czy Papu Gomez, postanowił stworzyć drużynę opartą na sile kolektywu. Szybki odbiór piłki na połowie rywala, wysoko grająca defensywa, błyskawiczne kontry i dopasowywanie taktyki osobno pod każdego rywala. Do tego świetnie broniący Marco Silvestri, który wyczyniał (i nadal wyczynia) cuda w bramce. W poprzednim sezonie trudno było znaleźć sposób na pokonanie Hellasu.

Po sezonie z klubu odeszły jednak czołowe postaci. Najlepsi obrońcy – Marash Kumbulla oraz Amir Rrahmani, lider drugiej linii Sofyan Amrabat, Matteo Pessina, także Giampaolo Pazzini, który dowodził szatnią. Wydawało się, że takie ubytki są nie do załatania. Jednak tu do akcji po raz kolejny wkroczyła jeszcze jedna ważna postać – Tony D’Amico. To dość tajemniczy 40-letni dyrektor sportowy, wiecznie zestresowany pracoholik większość czasu spędzający na wyszukiwaniu zawodników niepotrzebnych w innych klubach, którzy będą pasować do koncepcji Juricia. W taki sposób w Weronie wylądował bardzo perspektywiczny Matteo Lovato, niepotrzebny Gasperiniemu w Atalancie Adrien Tameze, wypożyczony z Manchesteru City Ivan Ilić czy Antonin Barak, na którego machnięto ręką w Udinese i pozwolono na wypożyczenie. 

Tytaniczna praca Juricia i D’Amico znowu się opłaciła. Hellas nie tylko nie osłabił się, a wręcz stał się jeszcze silniejszy. Przebudowana defensywa wygląda wciąż imponująco i po 19 kolejkach jest najszczelniejsza w lidze (ex aequo z Juve, które ma rozegranych 18 spotkań). Jedną z najjaśniejszych postaci w obronie Gialloblu jest Paweł Dawidowicz, który w poprzednim sezonie rozegrał niespełna 700 minut. Teraz od 6. kolejki nie opuścił żadnego spotkania, wychodzi regularnie w pierwszym składzie i jest pewnym punktem szczególnie w meczach z ligową czołówką. Często motywuje kolegów z defensywy, skutecznie odcina napastników od podań ze strony kreatywnych pomocników, imponuje także pracowitością. Gdy przed sezonem 2019/20 mieliśmy okazję spotkać Pawła podczas wakacyjnej przerwy, podkreślał, że samodzielnie pracuje nad kondycją i trzyma dietę, bo u Ivana Juricia przygotowanie fizyczne będzie miało bardzo duże znaczenie. Efekty musiały wreszcie przyjść.

Efekty przyszły także wtedy, gdy z cienia skuteczniejszych kolegów wreszcie wyszedł Mattia Zaccagni. Zawodnik, który w seniorskiej kadrze Hellasu znalazł się jeszcze w 2013 roku, zadebiutował dopiero dwa lata później, następnie wywalczył dwa awanse do Serie A, by wreszcie w tym sezonie stać się liderem zespołu. W wieku 25 lat zaczął przyciągać zainteresowanie klubów z czołówki i doczekał się pierwszego powołania do reprezentacji, choć jeszcze bez debiutu. W zespole Juricia jest najlepszym strzelcem i najlepszym asystentem, ale równie dużo serca wkłada w zadania defensywne. Bo w Hellasie broni i atakuje każdy, kto ma dwie zdrowe nogi. Idealny przykład to mecz z Napoli – Federico Dimarco najpierw zawalił we własnym polu karnym przy golu Hirvinga Lozano, by później samemu strzelić na 1:1. Wygrana 3:1 była w tamtym meczu najniższym wymiarem kary. Rozpracowanie taktycznie zespołu, w którym wymiana pozycji jest tak częsta, to zadanie niemal niemożliwe. 

Obecnie Hellas zajmuje 8. miejsce w tabeli, więc jest jeszcze lepiej niż na koniec poprzednich rozgrywek. Uwagę przykuwa jednak pewna istotna statystyka. Gdyby stworzyć odrębną tabelę na podstawie meczów rozegranych między zespołami pierwszej ósemki, liderem nie byłby Milan, Inter, Atalanta czy Juventus, ale właśnie Hellas. Po walkowerze z Romą (na boisku 0:0) werończycy ograli Atalantę, Lazio i ostatnio właśnie Napoli. Przegrali tylko raz – z Interem. Problem polega na tym, że z piątką najsłabszych zespołów w tabeli Hellas zdołał wygrać tylko raz (2:1 z Crotone), co przekreśliło szanse na znalezienie się na miejscu pucharowym. Skoro Ivan Jurić skopiował wiele rozwiązań z Atalanty, a ta od lat uwielbia tracić punkty z outsiderami, to wygląda na to, że tu nie mogło być inaczej. Rywale, którzy wolą oddać piłkę i bronić się cofnięci we własne pole karne to wciąż trudne przeszkody dla Hellasu, który karci głównie ekipy grające bardziej otwarty futbol.

A skoro już tyle razy porównywaliśmy Hellas do Atalanty, to być może niebawem przestaniemy nazywać Gialloblu rewelacją albo niespodzianką. W przypadku ekipy Gasperiniego wiele razy zastanawialiśmy się, kiedy magiczna formuła się wyczerpie. Odchodzili kolejni czołowi zawodnicy, pojawiały się kolejne nieznane twarze, a Atalanta dalej nie wypada z ligowej czołówki i nic nie wskazuje na to, by prędko to nastąpiło. Hellas ma szansę być przynajmniej udaną repliką projektu z Bergamo. W Weronie daleko co prawda do szkolenia młodzieży z takim rozmachem, puchary też nie są celem, bo klubowi przede wszystkim zależy na spokojnym funkcjonowaniu w Serie A. Idea jest jednak podobna – każdy ma się obawiać Hellasu. Ci, którzy w tym sezonie się go nie przestraszyli, dostali solidną lekcję futbolu.

Piotr Dumanowski, Dominik Guziak – Eleven Sports

Komentarze