Od wielkiej radości do koszmaru. Jak Włosi znów znaleźli się w barażach?

Reprezentacja Włoch zagra w barażach
Reprezentacja Włoch zagra w barażach PressFocus

Gdy 11 lipca na Wembley Włosi wznosili Puchar Europy po pokonaniu Anglików, mało kto chyba przypuszczał, że cztery miesiące później problem sprawi im bezpośredni awans na mistrzostwa świata. A mówiąc precyzyjniej – że tego awansu w listopadzie nie będzie. Pewnie bardziej prawdopodobne zdawałoby się wtedy, że ten awans może stać się faktem nawet już w październiku.

  • Reprezentacja Włoch zajęła drugie miejsce w swojej grupie eliminacyjnej i o awans na mistrzostwa świata powalczy w barażach
  • Włosi w jesienych meczach eliminacyjnych notowali wpadkę za wpadką
  • Piotr Dumanowski i Dominik Guziak z Eleven Sports wskazali, co było przyczyną niepowodzeń drużyny Roberto Manciniego

Mistrz Europy ma problemy

Do jesiennych meczów eliminacyjnych Włosi podchodzili z kompletem dziewięciu punktów, bez straconej bramki, zbliżając się do rekordu kolejnych meczów bez porażki (który ostatecznie udało się pobić). A jednak niebieska maszyna Roberto Manciniego zwolniła obroty na tyle, że o awans trzeba będzie bić się w marcu.

Droga z Londynu do Belfastu nie jest szczególnie daleka, spokojnie da się ją pokonać w jeden dzień. Ale dla reprezentacji Włoch podróż z Wembley na Windsor Park okazała się pełna problemów i nieprzyjemnych przygód, a na sam koniec okazało się, że stolica Irlandii Północnej nie jest ostatnim przystankiem w drodze po awans na mundial. Nie ma też pewności, że na ewentualnym ostatnim przystanku ten awans uda się w ogóle wywalczyć. Jeśli włoscy kibice miewają koszmary, to najczęściej pojawia się w nich baraż o awans do poprzednich mistrzostw i odpadnięcie ze Szwecją. Brak Italii na mundialu wtedy wydawał się wręcz nierealny. Był czymś, w co Włosi uwierzyli dopiero, gdy zobaczyli na San Siro świętujących Szwedów i Gianluigiego Buffona płaczącego przed kamerami telewizyjnymi. Gdy cztery lata później Squadra Azzurra nie zdołała pokonać Szwajcarii na Stadio Olimpico, słowo “play off” wróciło, powodując zimny pot na skroniach. Po meczu w Belfaście było jasne, że historia się powtarza. 

Co takiego stało się, że przez cztery miesiące Włosi z pięciu meczów eliminacyjnych wygrali tylko jeden, a najważniejsze mecze ze Szwajcarami zremisowali? Źle wróżył widok Jorginho, który marnował jedenastki na Wembley i w Bazylei, a następnie w Rzymie blady i niepewny podchodził do kolejnego ważnego karnego. Chciał się przełamać, zmienił technikę rozbiegu, trafiał ostatnio z karnych w Chelsea, ale można było znaleźć lepszy moment na udowadnianie wszystkim, że nadal jest w tym dobry. Do karnego w ostatnich sekundach meczu powinien podejść Leonardo Bonucci, który także jest pewnym wykonawcą. Zmarnowane karne Jorginho przeciwko Helwetom to jeden z najważniejszych powodów niepowodzenia Włochów, ale nie jedyny. W Bazylei świetne sytuacje marnowali także Domenico Berardi i Ciro Immobile. Wrześniowe spotkanie z Bułgarią (pierwsze w roli mistrzów Europy) potraktowano na zbyt dużym luzie. Błąd Alessandro Florenziego dał Bułgarom gola na 1:1, a później można było mieć wrażenie, że Włosi niespecjalnie mają pomysł i ochotę na znalezienie zwycięskiej bramki. A być może właśnie w tym meczu jest pies pogrzebany. Bo Szwajcarzy – podobnie jak Włosi – zremisowali 0:0 w Belfaście, ale z Bułgarami wygrali dwukrotnie, odrabiając do Włochów kluczowe dwa punkty.

Kolejnym problemem były kontuzje, choć ten kłopot dotyczył także Helwetów, którzy dwukrotnie mierzyli się z Włochami zdziesiątkowani, ale nadrabiali zaangażowaniem i wyczuciem Murata Yakina do stawiania na nowe twarze (np. 21-letniego Noaha Okafora). Do meczów ze Szwajcarią i Irlandią Północną mistrzowie Europy podchodzili bez Marco Verrattiego, Lorenzo Pellegriniego (w praktyce najlepszego włoskiego pomocnika w tym sezonie, osiem bramek i trzy asysty w 16 meczach w Romie), Nicolò Zaniolo i Giorgio Chielliniego. Cały czas niedostępny był Leonardo Spinazzola, który wróci do gry dopiero w 2022 roku. Przed meczem ze Szwajcarią w Rzymie wypadł także Ciro Immobile, który – choć zupełnie słusznie krytykowany ostatnio za grę w reprezentacji – jest (niestety) nadal najlepszym włoskim napastnikiem. Andrea Belotti zmagał się do niedawna z kontuzją, nie był w stanie wytrzymać na boisku dłużej niż godzinę, a dowód na jego występ ze Szwajcarami można było znaleźć tylko w protokole meczowym. 

To kolejny problem Włochów. Immobile i Belotti nigdy nie wskoczyli na najwyższy poziom grając w reprezentacji i nie zmieniło tego wygrane Euro 2020. Giacomo Raspadori i Gianluca Scamacca łącznie zdobyli w tym sezonie w lidze trzy bramki, więc jedynym rozsądnym rozwiązaniem w tej sytuacji była gra z fałszywą dziewiątką. To oczywiście nie jest kłopot, który pojawił się nagle w ostatnich miesiącach. Klasowego napastnika brakuje Italii od dobrych kilku lat. Starcia ze świetnie broniącymi Szwajcarami (gol dla Włochów dopiero po błędzie Yanna Sommera) czy głęboko cofniętymi Bułgarami i Irlandczykami pokazały, że brakuje taranu rozbijającego takie skonsolidowane defensywy. Włosi mogą w nieskończoność rozgrywać piłkę i przeważać w jej posiadaniu, ale niewiele z tego wynika.  

Reprezentacja Włoch uniknie katastrofy?

Co można poprawić w ciągu czterech miesięcy, które pozostają do meczów barażowych? Ci, którzy teraz leczyli kontuzje, mogą już być do dyspozycji Roberto Manciniego. Podczas zgrupowań we wrześniu, październiku i listopadzie selekcjonerowi mogło brakować czasu na spokojną pracę z zawodnikami. Nie miał takiego komfortu, jak przed Euro. Przed samymi barażami nie będzie pod tym względem lepiej, ale na przełomie stycznia i lutego pojawia się okienko. To termin zarezerwowany na mecze eliminacyjne na pozostałych kontynentach, gdzie terminarz jest bardziej napięty. Wtedy pojawi się też możliwość zgrupowania piłkarzy w Coverciano, być może także rozegrania meczów towarzyskich. Co prawda do baraży pozostanie wtedy ponad 1,5 miesiąca, ale Mancini musi korzystać z każdej okazji.   

Nadchodzące baraże to nie tylko powtórka z nerwów, jakie Włosi przeżyli cztery lata temu grając ze Szwedami. Tym razem to również dużo bardziej wymagające zadanie. W 2017 roku porażka w pierwszym meczu w Solnie oznaczała, że na San Siro trzeba było odrabiać straty. Teraz porażka w pierwszym meczu oznacza, że drugiego meczu nie będzie, podobnie jak biletów na mundial. Obecny format rozgrywek jest trudniejszy, nie wybacza pomyłek, a z 12 zespołów tylko trzy pojadą do Kataru. Co prawda zdarzało się już trzykrotnie, by mistrz Europy nie jechał na mistrzostwa świata, ale w przypadku Duńczyków czy Greków zdecydowanie większą niespodzianką było wygranie Euro niż odpadnięcie z walki o mundial. Włochom z kolei nigdy nie zdarzyło się nie awansować na dwa kolejne mundiale. Gdyby tak się stało, przerwa między występami na kolejnych mistrzostwach świata mogłaby wynieść aż 12 lat (2014-2026). Pozostaje wierzyć, że Roberto Mancini znajdzie sposób na uniknięcie kolejnej katastrofy, a słowo “play off” przestanie kojarzyć się Włochom z koszmarem.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, Eleven Sports

Komentarze

Comments 2 comments

Piątkowe losowanie już wiele powie. Jak nie dopisze szczęście i wpadną np. na Portugalię w 2 meczu i to na wyjeżdzie, to się pożegnają z Mundialem. Z kimkolwiek nie zagrają na wyjeżdzie w 2 meczu, to będzie bardzo ciężko. Nawet w 1 u siebie można się potknąć, bo np. z takimi Czechami, czy Turcją nie ma abonamentu na sukces. Nawet w meczu z Polską bym nie postawił na nich złamanego grosza, bo Polska przynajmniej na napastnika światowej klasy. Na Włochów będzie spoczywać ogromna presja, podobnie, jak na Portugalii, a reszta będzie pykać na ludzie, bo nikt od nich awansu nie będzie wymagał. Niestety, ale śmierdzi mi to porażką Italii i największym blamażem w ich historii. Całe Euro pójdzie w zapomnienie i będzie tyle warte, co te Grecji sprzed lat. W 2026r. już pewnie awansują, bo będzie grać 16 zespołów z Europy, ale 12 lat posuchy i fakt, że ostatnim włoskim strzelcem na MŚ pozostaje… Mario Balotelli kojarzyć się będzie z największą włoską sportową traumą w historii.

Tak btw., to podobno FIGC chce przesunąć kolejkę Serie A z 20 marca na póżniej, żeby Mancini miał więcej czasu na zgrupowaniu. Trochę póżno, bo trzeba było to zrobić teraz, kiedy rywal był w zasięgu i podejmowało się go u siebie. Nie wiem, czy nie jest już za póżno. Nie ma też gwarancji, że nie będzie żadnych nowych kontuzji i, że nie będzie ich nawet więcej. Liczenie na Spinazzolę, jako na zbawiciela też troche śmiesyz, bo nie wiadomo w jakiem on będzie formie po ponad 6 miesiącach bez gry. Mówi się nawet o powrocie Balotellego do kadry… Wszystko fajnie, tyle tylko, że nie ma już czasu na eksperymenty, nawet z tym dodatkowym tygodniem dla Manciniego. Do kadry wracał co prawda Roberto Baggio po kilku latach przerwy, ale Balotelli nie prezentuję takiej klasy i formy, żeby go brać w ciemno. Tym bardziej, że wiadomo, jako ten zawodnik ma charakter i skłonności do awantur. Może rozwalić atmosferę w szatni. Gdyby awans był klepnięty, to można by go wypróbować w meczu towarzyskim, czy w LN, ale nie wiem, czy 2 kluczowe mecze o być albo nie być dla kadry są ku temu odpowiednie.