Piłkarze Fiorentiny
Piłkarze Fiorentiny PressFocus

Przegrańcy na własne życzenie, czyli kto stracił najwięcej

O minionych dwunastu miesiącach nie da się powiedzieć wiele dobrego. Za nami trudny czas, którego bieg mocno warunkowała pandemia Covid-19. Miała ona ogromny wpływ na świat piłki – także na świat calcio, który musiał funkcjonować w wyjątkowych okolicznościach. Ale i tak cokolwiek by się nie działo na Półwyspie Apenińskim, pewne rzeczy pozostały niezmienne. Publiczne kłótnie prezesów z trenerami, zwolnienia szkoleniowców kilka razy w trakcie sezonu, szumne zapowiedzi nadchodzących sukcesów, które okazały się wielką klapą, skandale sędziowskie i wstydliwe wpadki. Pod tym względem nie można było narzekać na nudę. Przed pierwszymi meczami 2021 roku postanowiliśmy wybrać tych, którzy wpakowali się w największe kłopoty w ostatnich 365 dniach.

W naszej plejadzie największych przegrańców zeszłego roku nie może zabraknąć Massimo Cellino. Gdy w 2019 roku jego Brescia wchodziła w świetnym stylu do Serie A, wiele osób (w tym my) było przekonanych, że to może być najmocniejszy beniaminek od lat. Wielu doświadczonych piłkarzy w składzie, król strzelców Serie B Alfredo Donnarumma, Sandro Tonali, o którego biła się połowa klubów Serie A. Ekscentryczny prezydent miał wielkie plany i nie żałował nawet 1,5 miliona euro na pensję dla Mario Balotellego. Niestety Cellino nie żałował też środków na zatrudnianie trenerów, a ich lista w ostatnich 12 miesiącach była imponująca – Eugenio Corini, Diego Lopez, Luigi Delneri, znów Diego Lopez, Daniele Gastaldello, Davide Dionigi. Nowy trener średnio co dwa miesiące! Jeśli dodamy do tego Fabio Grosso, który prowadził Brescię przez kilka tygodni w grudniu 2019 roku, bilans wygląda jeszcze ciekawiej. Efekt tych wielkich i nie do końca przemyślanych inwestycji był taki, że piłkarze przegrywali mecz za meczem. Mario Balotelli zasłynął głównie tym, że wracając samochodem z sylwestrowej imprezy uderzył w ogrodzenie przypadkowej posiadłości, po czym zostawił auto i poszedł do domu spać. Zespół oczywiście z hukiem zleciał z ligi i obecnie znajduje się na 11. miejscu w Serie B. Przewidujemy jeszcze co najmniej 3-4 zmiany trenerów do końca sezonu, bo przecież tam nie może być nudno.

A skoro o zmianach trenerów, to nie można pominąć specjalisty w tej dziedzinie – Enrico Preziosiego. Prezydent Genoi w zeszłym roku postawił nie na ilość, a na jakość. Brzmi dobrze, ale w tym przypadku nigdy nie wróży nic dobrego. Preziosi w 2020 roku postanowił zwolnić Davide Nicolę, który zdołał utrzymać Genoę w Serie A, i zastąpił go Rolando Maranem. W przypadku byłego trenera Cagliari nawet laik wiedział, że na solidne wyniki trzeba będzie chwilę poczekać, ale cierpliwość zazwyczaj się opłacała – tak było choćby w przypadku jego wieloletniej pracy w Chievo. Tu jednak pada magiczne słowo „czekać” – tego Preziosi robić nie potrafi. Potrafi za to zwalniać, więc zwolnił Marana. Teraz zespół znajdujący się w strefie spadkowej przejął człowiek, który może już śmiało powiedzieć, że zajmuje się w życiu trenowaniem Genoi. Davide Ballardini objął tę posadę czwarty raz (!) w karierze. Gdy Preziosi zwalniał go 2 lata temu, wypowiedział znamienne słowa: „To tragiczny trener, w ostatnich 14 sezonach był zwalniany 13 razy”. Powiedział to człowiek, który w ostatnich 10 latach zmieniał szkoleniowców 21 razy i zatrudnił „tragicznego trenera” ponownie. Jeśli Genoa szybko nie przestanie być istnym domem wariatów, może to się skończyć spadkiem do Serie B. Prawdziwym cudem jest to, że przez ponad dekadę jeszcze do tego nie doszło.

Kolejne miano przegrańców 2020 roku wędruje do Fiorentiny. Jakim cudem klub z takim potencjałem finansowym i kadrowym kolejny rok musi martwić się o to, by nie znajdować się w strefie spadkowej? Ostatnia wygrana z Juventusem nie może zamazać wrażenia, że we Florencji ktoś nie za bardzo zna się na swojej pracy. Nie mamy na myśli prezydenta Rocco Comisso, bo akurat on oprócz pieniędzy ma też jasny plan. Zainicjował budowę nowego centrum treningowego, chce jak najszybciej zbudować nowy stadion, zwiększyć generowane przychody i sprawić, by Fiorentina znów była europejską marką. Latem zespół z Bartłomiejem Drągowskim, Gaetano Castrovillim, Federico Chiesą, Nikolą Milenkoviciem czy Franckiem Ribérym w składzie musiał ratować poczciwy Beppe Iachini, który już nie takie drużyny wyciągał z opresji i uczynił z tego swoją specjalizację. Niestety, zamiast podziękować Iachiniemu, życzyć powodzenia w ratowaniu kolejnych klubów i znaleźć porządnego fachowca, pozwolono mu dalej prowadzić Violę. W listopadzie przynajmniej nie udawano, że wszystko jest w porządku i Beppe dostał wymówienie. Efekt był taki, że znalezienie dobrego trenera chcącego wskoczyć na rozbujaną fioletową łajbę w trakcie sezonu graniczyło z cudem. Zadania podjął się Cesare Prandelli, ale coś czujemy, że chodzi tu bardziej o sentyment do klubu, w którym spędził kiedyś 5 wspaniałych lat. Ten sezon będzie trudny do uratowania, a celem były przecież europejskie puchary.

Marco Giampaolo i Torino idealnie pasują do panteonu przegrańców minionego roku. Ostatnio już pośmialiśmy się z Granaty, przypominając ich niedawne spektakularne porażki w ostatnich minutach meczów, których teoretycznie nie dało się przegrać. Ale teraz mówimy już zupełnie poważnie. Turyńczycy zamykają tabelę i są gorsi nawet od Crotone i Genoi, a to w tym sezonie spory wyczyn. Problem nie trwa od września. Cały 2020 rok jest pasmem porażek – przez 12 miesięcy udało się wygrać tylko 6 meczów. Najpierw Walter Mazzarri stracił łącznie 11 goli w meczach z Lecce i Atalantą i został zwolniony. Moreno Longo, który go zastąpił, nigdy nie powinien pojawić się na ławce Torino. Nikt w zespole go nie słuchał. O Marco Giampaolo szkoda już gadać, a prezydent Urbano Cairo prawdopodobnie bardziej niż trenerowi ufa księgowym, którzy odradzają zatrudnienie kogoś na jego miejsce i płacenie dwóm trenerom jednocześnie. Szkoda tylko Andrei Belottiego, który jest jednym z najlepszych włoskich napastników, a co kolejkę musi wstydzić się za resztę kolegów.

Ostatnie miano przegrywów zeszłego roku wędruje do włoskich sędziów. Liczba meczów, w których popełniali rażące błędy w minionych dwunastu miesiącach byłaby zbyt długa, by tu ją wkleić. Ci, którzy pamiętają wyczyny Piero Giacomellego w spotkaniu Milanu z Romą, doskonale wiedzą o czym mówimy. Problemem nie są już tylko rzuty karne, które w poprzednim sezonie były dyktowane bez opamiętania (łącznie aż 185!). Problemem jest wypaczanie wyników meczów i brak właściwej komunikacji między arbitrem głównym a sędzią VAR. Wiele spornych sytuacji nie jest sprawdzanych z użyciem powtórek, a często okazuje się, że podejście do monitora mogłoby kompletnie odwrócić przebieg spotkania. Kłopotem jest też to, że w Serie A brakuje w tym sezonie doświadczonych arbitrów. Po zakończeniu kariery przez Gianlucę Rocchiego brakuje sędziego, którego obecność na boisku byłaby niemal gwarantem dobrze przeprowadzonego spotkania. Zanim fala młodych arbitrów z doświadczeniem zebranym w Serie B przestanie popełniać aż tyle pomyłek, może minąć zbyt dużo czasu. Może warto byłoby zaangażować byłych sędziów do pracy na wozach VAR? Tym tropem poszli Niemcy, a doświadczonych arbitrów, którzy w ostatnich latach skończyli z gwizdaniem w Serie A i mogliby służyć swoją wiedzą na pewno nie brakuje.

Jeśli za rok będziemy dokonywać podobnego zestawienia, mamy nadzieję, że przynajmniej jeden z wybranych przez nas przypadków nie będzie już kandydował do powtórnego otrzymania tej „nagrody”. Bo przecież w każdej z tych historii liczymy na poprawę, choć jesteśmy świadomi, że przynajmniej w dwóch pierwszych mamy do czynienia z jednostkami niereformowalnymi. Ale może właśnie dzięki nim w Serie A dzieją się rzeczy tak szalone, że aż trudne do wyobrażenia w innych ligach.

PIOTR DUMANOWSKI
DOMINIK GUZIAK
ELEVEN SPORTS

Komentarze