Pochwała brzydoty, czyli jak nie zachwycać, ale zdobywać punkty

Udinese Calcio
Udinese Calcio PressFocus

Ci, którzy przed każdym sezonem bawią się w typowanie przyszłego mistrza Włoch i spadkowiczów, w ostatnich latach mieli zazwyczaj dość proste zadanie. W przypadku zdobywcy scudetto sprawa była zwykle jasna, dopiero w obecnych rozgrywkach po blisko dekadzie stawianie na Juventus wydaje się być coraz mniej uzasadnione. Trudniej było wytypować komplet spadkowiczów, bo choć dwie drużyny od kilku lat są w gronie kandydatów do zjazdu, ciągle egzystują wśród najlepszych.

Znienawidzone Udinese i Genoa

Na dole tabeli zasada była dość prosta i powtarzalna – dwóch beniaminków zazwyczaj żegnało się z Serie A. W gronie tych ekip, które kandydowały do roli trzeciego spadkowicza w ostatnich kilku sezonach zawsze znajdowały Udinese i Genoa. I co najciekawsze (albo najdziwniejsze), mimo fatalnej gry, problemów doskwierających przez cały sezon, żaden z tych dwóch zespołów nie pożegnał się z elitą. Co więcej, w tym sezonie coraz więcej wskazuje na to, że te dwie znienawidzone przez postronnych kibiców drużyny znów się utrzymają i zrobią to bez większych perturbacji.

Dlaczego znienawidzone? Gdyby wśród osób oglądających regularnie mecze Serie A przeprowadzić ankietę i zadać trzy pytania: “Która drużyna gra najmniej atrakcyjny futbol? Która najbardziej zasługuje na spadek? Na czyje mecze czasami wręcz nie da się patrzeć?”, jesteśmy przekonani, że za wyczyny z ostatnich pięciu lat najwięcej głosów zebrałyby właśnie Udinese i Genoa. Niemal za każdym razem z ogromnymi problemami, przy potężnym bałaganie organizacyjnym, sprzedając czołowych piłkarzy, walcząc o każdy punkt i ciesząc się nawet z remisów 0:0 obie ekipy dawały radę znaleźć się tuż nad kreską. Zwykle sytuację ratowało zatrudnianie w końcówce sezonu trenera, który rzutem na taśmę wygrywał kilka meczów (Igor Tudor dokonał tego w Udine dwa razy), albo sięganie po szkoleniowców, którzy nie zajmują się w życiu niczym innym, tylko przychodzeniem i odchodzeniem z tego samego klubu (Davide Ballardini zrobił to w Genoi cztery razy). Co roku zadajemy sobie to samo pytanie – “Ile to jeszcze potrwa? Jak długo jeszcze będzie dopisywało im szczęście?”. Pytanie dość zasadne, bo Genoa nie spadła od blisko 14 lat, a Udinese utrzymuje się na powierzchni już ćwierć wieku, przeżywając jednak po drodze kilka naprawdę dobrych sezonów.

Brzydko, ale skutecznie

Od pewnego czasu jesteśmy jednak świadkami pewnych zmian, jakie zaszły w tych zespołach. Pozytywnych zmian. Nie chodzi o zmianę stylu gry tych zespołów, bo tego nie da się zmienić w ciągu kilku tygodni. Chodzi o sprawienie, by najmniej atrakcyjne cechy gry stały się najbardziej efektywne. Masz mało zwrotnych, ale za to świetnie zbudowanych środkowych obrońców i bardzo dobrego bramkarza? Nie wpuszczaj rywala w pole karne, przeszkadzaj mu już na dwudziestym metrze. W końcu spanikuje i odda strzał z dystansu, bo inaczej straci piłkę. A z uderzeniem z ponad dwudziestu metrów solidny golkiper już sobie poradzi. Na taki pomysł wpadł Luca Gotti, który długo wzbraniał się przed określaniem siebie stałym trenerem Udinese. Gdy już przestał narzekać i mówić, że w Udine powinni poszukać szkoleniowca z prawdziwego zdarzenia, zaczął wyciskać z tego zespołu naprawdę solidne liczby. Tylko jedna porażka w dziewięciu ostatnich meczach, już osiem czystych kont w tym sezonie (w zeszłym aż czternaście!) – to argumenty za spokojnym utrzymaniem Udinese w Serie A.

Oczywiście poza Rodrigo De Paulem czy Gerardem Deulofeu ciężko znaleźć tam świetnych technicznie zawodników, ale gdy reszta kolegów kasuje wszystkie ataki rywala i ciągle utrzymuje “zero z tyłu”, wystarczy jeden rzut wolny albo precyzyjna kontra, by trzy punkty pojechały do Friulii. Mając zespół, który z powodzeniem mógłby także rywalizować w rozgrywkach rugby, nie ma sensu silić się na finezyjny futbol. Rywale próbujący grać w piłkę i bawić się w długie ataki pozycyjne szybko tracą ochotę i siłę do gry, gdy kilka razy zderzą się z Bramem Nuytinckiem czy Sebastienem De Maio. Nie jest to zbyt piękny futbol, ale gdy “brzydota” zostanie oszlifowana, wygładzona i wykorzystana jako groźna broń, zaczyna przynosić efekty.

W Genoi poprawa może nie jest aż tak efektowna, ale siedem punktów przewagi nad strefą spadkową po prawie 3/4 sezonu to już coś, czego w Genui dawno nie było. I tu również nikt nie chce nagle zacząć grać ładnie dla oka, mając z przodu dwóch wieżowców – Eldora Shomurodova i Gianlucę Scamaccę, w środku Kevina Strootmana, a z tyłu podstarzałego i powolnego Andreę Masiello. Genoa Ballardiniego potrafiła wybić z rytmu Atalantę, która w czterech starciach zdobyła piętnaście bramek, po czym wyszła na boisko i nie potrafiła zdobyć żadnej przeciwko Liguryjczykom. Jesteście od nas szybsi? Lepiej dryblujecie? Jednego z nas może miniecie, ale przy potrojonym kryciu wasz najlepszy technik podda się i w końcu zacznie się mylić. Numer z oddalaniem gry od pola karnego i zmuszaniem rywali do strzałów z dystansu tu też wypalił. Napoli oddało na Luigi Ferraris dziewięć celnych strzałów i łącznie 25 prób, ale niemal wszystkie uderzenia posyłane były spoza szesnastki. Genoa dała rywalowi wyszaleć się, sama oddała dwa celne strzały i wygrała 2:1. Dopóki taki styl daje punkty i pozwoli genueńczykom uniknąć nerwowej końcówki sezonu, dopóty nie usłyszymy tam żadnego narzekania. Cel uświęca środki.

Co robi Benevento?

Na koniec jeden skrajny przypadek, który w tym sezonie sprawia, że widzom mogą krwawić oczy. Benevento w ostatnim czasie przestało grać w piłkę. Skupiło się na tym, by rywale przez większą część meczu oglądali piłkę wykopywaną z pola karnego i lecącą na drugą stronę boiska. O ile efektem faktycznie jest nieco mniejsza liczba traconych bramek, to Czarownice kompletnie zapomniały, jak je zdobywać. Teatr odstawiony w końcówce meczu z Romą i gra na czas od siedemdziesiątej minuty szczęśliwie dały bezbramkowy remis i cenny punkt. Wygląda jednak na to, że Pippo Inzaghi za bardzo przestawił wajchę i jego zawodnicy zapomnieli, jak wygląda świat za linią środkową. Jeśli tego nie odkręci, to Benevento stanie się najpoważniejszym kandydatem do spadku. Bo sama brzydota w grze to za mało, by odstraszyć rywali. Grać brzydko też trzeba umieć, a jak pokazały przykłady Udinese i Genoi, nauka tej sztuki może zająć nawet kilka lat.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak – Eleven Sports

Komentarze