Pierwsza prawdziwa bitwa tego sezonu. Czy Juventus znów przypomni Napoli o starych demonach?

Piłkarze Napoli
Piłkarze Napoli PressFocus

Rywalizacja między Północą a Południem we Włoszech to nie tylko piłka. To rywalizacja dużo starsza niż Juventus i Napoli. Starsza niż samo calcio, a za umowny jej początek można przyjąć 1871 rok i zjednoczenie Italii, po którym oba bieguny Półwyspu Apenińskiego znalazły się w tym samym państwie.

  • Spotkanie Napoli z Juventusem będzie pojedynkiem aktualnego lidera z wiceliderem tabeli Serie A
  • Przed meczem Napoli ma siedem punktów przewagi nad Starą Damą
  • Mecz Napoli – Juventus rozegrany zostanie w piątek (13 stycznia) o godzinie 20:45

Turyn z przewagą nad innymi

Lombardia i Piemont od samego początku powiększały gospodarczą przewagę nad resztą kraju. Budowano tam fabryki, inwestowano ogromne pieniądze, stale poprawiano standard życia. Pierwszą stolicą Włoch był właśnie Turyn, który od samego początku nawet w sferze politycznej zyskał władzę nad Południem. Sycylia i Kampania, czyli dawne składowe Królestwa Obojga Sycylii, stały się regionem zacofanym, opartym na rolnictwie. Dla tamtejszej ludności jedynym oknem na lepsze życie była emigracja na Północ albo w ogóle ucieczka za granicę (głównie do Stanów Zjednoczonych, Brazylii czy Argentyny). Podział był widoczny także od samego początku istnienia calcio we Włoszech. W pierwszych sezonach walki o scudetto udział w niej mogły brać tylko kluby z Północy. Zespoły z Południa (w tym Napoli) do 1912 roku mogły grać co najwyżej mecze przeciwko angielskim marynarzom albo rywalizować między sobą w rozgrywkach Coppa Lipton, które zorganizował dla nich twórca znanej na całym świecie herbaty. Bogaci nie chcieli grać z biednymi. Gdy już zaczęli, nie mieli zamiaru przegrywać. 

Gdy w 1970 roku po scudetto sięgnął pierwszy w historii klub z Południa – Cagliari, Juventus miał już na koncie 13 tytułów mistrzowskich. Gdy w 1987 najlepsze po raz pierwszy okazało się Napoli z Diego Maradoną w składzie, Juve miało 22 tytuły i od 5 lat miało prawo umieszczać na koszulce dwie gwiazdki. Dopiero w latach 80. neapolitańczycy poczuli, że mogą rywalizować z bogatą Północą jak równy z równym – już nie tylko na wyzwiska i obraźliwe transparenty, ale także na boisku. Przez dziesięciolecia ta znienawidzona przez nich Północ kradła Południu całe rodziny, które za pracą i lepszym życiem uciekały do pracy w fabrykach FIAT-a. Kradła też najlepszych piłkarzy, którzy ze statusu bohaterów degradowani byli do miana wrogów publicznych. W Neapolu często można mieć wrażenie, że wszystko jest czarno-białe. Albo jesteś czczony niczym bóstwo, albo kibice lżą cię z trybun, a w toalecie używają papieru z twoją podobizną. Albo walczysz o mistrzostwo i masz za swoimi plecami całe miasto, albo kroczysz na granicy spadku i bankructwa, a fani puszczają z dymem pół stadionu. Czarno-biały jest też rywal, którego obecność pod Wezuwiuszem przypomina o wszystkich zadrach, stawia wszystkich w stan najwyższej gotowości, daje kolejną szansę na wyrównanie dziejowych niesprawiedliwości. Na 90 minut Neapol znów staje się odrębnym państwem i toczy bitwę o honor oraz tożsamość.

Kluczowy mecz

To dopiero 18. kolejka Serie A, nie przekroczyliśmy jeszcze połowy rozgrywek, ale chyba pierwszy raz w tym sezonie czuć, że przed nami mecz, który naprawdę może nadać bieg dalszej części walki o scudetto. Gdy 8 października Juventus przegrywał 0:2 z Milanem i lądował poza strefą europejskich pucharów, a kilka dni później zaliczył porażkę z Maccabi Hajfa w beznadziejnym stylu, wydawało się, że tego sezonu chyba nie uda się uratować. W tym samym czasie Napoli zmiażdżyło Ajax 6:1, usadawiało się na pozycji lidera Serie A, a cała liga szukała wzoru na powstrzymanie Chwiczy Kwaracchelii. Od tamtego momentu Juventus mozolnie odbudowywał dorobek punktowy i wygrał komplet spotkań, nie tracąc żadnej bramki. Dzięki takiej konsekwencji (bolesnej nie tylko dla rywali, ale często także dla oczu kibiców), Juve przesunęło się na pozycję wicelidera. Dzięki czystym kontom Wojciecha Szczęsnego (i jednym Matii Perina) Starej Damie aż 5 razy wystaczyła jedna bramka, by zgarnąć komplet punktów. Wynik imponujący także dlatego, że osiągnięty bez Dusana Vlahovicia, który opuścił już 6 kolejnych meczów, z powoli wracającym Federico Chiesą, który na razie wchodził tylko z ławki, Di Marią, który albo leczył kontuzję, albo uważał, żeby nie złapać kolejnej przed mundialem. 

Napoli w tym czasie zgubiło tylko 3 punkty, ale porażka z Interem zasiała ziarno niepewności. Zespół Spallettiego wyglądał bardziej jak w meczach towarzyskich podczas mistrzostw świata, niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Mogąc w praktyce zamknąć drzwi do walki o scudetto reszcie ekip przynajmniej na kilka długich tygodni, o ile nie na resztę sezonu, gracze Spallettiego przekręcili klucz w zamku w drugą stronę i uchylili lekko drzwi. Teraz już nie mają wyjścia – porażka z Juve będzie oznaczała, że z ośmiu punktów przewagi nad wiceliderem w nieco ponad tydzień zrobią się już tylko cztery. W styczniu pozostanie do rozegrania jeszcze derbowe starcie z Romą, która ostatnio wsadziła kij w szprychy Milanowi. Dlatego właśnie waga tego spotkania jest tak duża – jeden nerwowy ruch może narzucić Napoli presję, z którą ten zespół w takim składzie personalnym chyba jeszcze nie miał do czynienia. 

Presja była czymś, co uginało nogi pod Napoli Insigne, Koulibaly’ego, Hamsika, Mertensa i reszty z generacji, która zmarnowała kilka szans na scudetto, w tym jedną bardzo poważną. Tamto Napoli składało się niczym harmonijka w nerwowych chwilach. Momentach takich jak ten w 2018 roku, gdy kilka dni po zwycięstwie nad Juve w Turynie ekipa Maurizio Sarriego podłamała się wygraną Bianconerich nad Interem, która zabrała Napoli szansę na przeskoczenie Starej Damy w tabeli na ostatniej prostej sezonu. To wystarczyło, by zespół doszczętnie się rozsypał. Obecna drużyna tego uczucia nie zna. Piotr Zieliński i Mario Rui widzieli te momenty na własne oczy, ale to nie oni musieli tę presję dźwigać. Kwaracchelia, Kim, Osimhen czy Zambo Anguissa jesienią szli od meczu do meczu, wychodzili kilka razy z opresji, nie zaprzątali sobie głowy liczeniem przewagi nad resztą stawki, która i tak systematycznie rosła. Jeśli powtórzą błędy swoich poprzedników i za bardzo skupią się na wyliczeniach, przewaga może się rozpłynąć.

Przy wciąż niedostępnym Dusanie Vlahoviciu tym, który na Stadio Diego Armando Maradona stanie najbliżej bramki rywala, będzie Arkadiusz Milik. Polak zagra przeciwko byłemu klubowi pierwszy raz od opuszczenia Neapolu w styczniu 2021 roku. 2,5 roku temu jego rzut karny w konkursie jedenastek zapewnił Azzurrim Puchar Włoch po pokonaniu w finale… Juventusu. Teraz stojąc po drugiej stronie barykady Milik może wbić kibicom pod Wezuwiuszem sztylet w serce. Może powtórzyć to, co w 2016 roku zrobił Gonzalo Higuain, który już w pierwszym starciu z Napoli w barwach Juve strzelił gola. W starciach tych drużyn widzieliśmy już tak wiele niesamowitych i absurdalnych historii, że Milik dający prztyczka w nos Aurelio De Laurentiisowi po prostu wpasowałby się w panującą tam konwencję. Dodając do tego występy Piotra Zielińskiego, możliwy debiut w Napoli Bartosza Bereszyńskiego oraz Wojciecha Szczęsnego, który może stać się zagranicznym bramkarzem z najdłuższa serią minut bez straty gola w historii Serie A, emocje w tym starciu mamy zapewnione z każdej strony. A kto wie, może to spotkanie będzie początkiem jednej z najbardziej szalonych wiosen w Serie A. Akurat w pościgach za liderem tabeli Juventus Allegriego parę lat temu wyznaczył bardzo solidne standardy. 

PIOTR DUMANOWSKI
DOMINIK GUZIAK
ELEVEN SPORTS

Komentarze