Ciężki los Syzyfów Serie A. Czy Napoli znów wypuściło szansę na scudetto?

SSC Napoli
SSC Napoli PressFocus

To już blisko 32 lata oczekiwania, ciągłej nadziei i życia wspaniałą przeszłością, której teraźniejszość wciąż nie jest w stanie dorównać. Życie kibica Napoli to w ostatnich latach karmienie się złudzeniami, że każdy kolejny sezon jest właśnie “tym sezonem”. Im lepiej zespół spod Wezuwiusza rozpoczyna rozgrywki, im dłuższe serie zwycięstw osiąga i im dłużej utrzymuje się na czele tabeli albo tuż za plecami lidera, tym boleśniejsze jest zderzenie z rzeczywistością. Wiele wskazuje na to, że obecny sezon będzie podobny i choć do mistrzostwa zabraknie niewiele, to jednak scudetto będzie świętował ktoś inny.

  • Napoli ciągle jest w czołówce Serie A, ale na finiszu rozgrywek może mu zabraknąć kilku punktów
  • Przez długi czas wydawało się, że klub z Neapolu może przełamać dominację Turynu i Mediolanu
  • Nawet mimo sprzyjającego kalendarza ekipa Luciano Spallettiego nie wykorzystała szansy

Napoli odpadło z wyścigu?

Po 32 kolejkach trwających rozgrywek sytuacja na czele tabeli zrobiła się bardzo ciekawa. Liderujący Milan miał 68 punktów, a tuż za jego plecami znajdowały się Inter i Napoli z 66 punktami. Nawet dodając Interowi ewentualne 3 punkty w razie wygranej w zaległym meczu z Bologną sprawiały, że piłkarze Luciano Spallettiego mieli pozycję lidera w zasięgu ręki. Co więcej, terminarz też wydawał się być naprawdę łaskawy – dwa najtrudniejsze mecze z Fiorentiną i Romą Napoli miało zagrać u siebie, a z ostatnich pięciu ligowych rywali aż czterech nie grałoby już z nożem na gardle, mając zapewnione utrzymanie (wyjątkiem byłaby Genoa, choć z perspektywy czasu widać, że i dla niej mecz z Napoli może być już meczem o nic). Inter miał przed sobą starcie z Romą, Milan musiał uważać na Lazio, Fiorentinę i Atalantę, a poza tym obie mediolańskie ekipy musiały jeszcze znaleźć siły na rewanżowe starcie w półfinale Coppa Italia i ewentualny finał, co Napoli już nie dotyczyło. Przyznacie, że z perspektywy neapolitańczyków droga do scudetto nie wyglądała na szczególnie krętą i wyboistą, wystarczyło spokojnie ją przejechać i czekać, aż rywale złapią pobocze.

Rywale jednak nie złapali pobocza. To Napoli wpadło do rowu już na samym początku ostatniej prostej sezonu, przegrywając z Fiorentiną i remisując z Romą. Zamiast 6 punktów, na konto piłkarzy Spallettiego wpadł tylko skromny punkcik. Szczególnie porażka z Violą mogła przywołać stare demony, które pogrążały Napoli za czasów Maurizio Sarriego. W 2018 roku przegrana 0:3 na Artemio Franchi z Violą Stefano Piolego po hattricku Gio Simeone praktycznie zabrała jakiekolwiek szanse na zdobycie scudetto. A przecież tydzień przed tą klęską Napoli pokonało Juventus po legendarnym już golu Kalidou Koulibaly’ego w samej końcówce. Cały Neapol świętował wygraną do białego rana, jak gdyby ta bramka już dawała im scudetto. A to Juve przecież dalej prowadziło w lidze z punktem przewagi. Tydzień później całe miasto trzymało kciuki, by Inter urwał punkty Juventusowi. Nerazzurri prowadzili do 87. minuty, ale ostatecznie przegrali 2:3. Coś wtedy pękło w graczach Napoli, ich głowy napełniły się przeświadczeniem, że los nagle przestał im sprzyjać. Dzień po tym meczu wyszli zagrać z Fiorentiną, ale byli na boisku tylko ciałem, a po czerwonej kartce dla Koulibaly’ego kompletnie się rozsypali i dokładnie siedem dni po wielkiej balandze nastąpiła stypa, bo nadzieje na scudetto umarły. Gdyby unieśli psychicznie mecz z Fiorentiną i dalej czekali na potknięcie Juventusu, być może pokolenie Lorenzo Insigne, Marka Hamsika i Driesa Mertensa byłoby spełnione.

Przegrana przed publicznością tak liczną, jakiej Stadio Diego Armando Maradona nie widziało od momentu powrotu Edinsona Cavaniego w barwach PSG. Szmer zawodu, gdy Arthur Cabral trafiał na 3:1. Absolutna cisza, gdy Stephan El Shaarawy zabierał Napoli skromną, ale cenną wygraną 1:0 w Derbach Słońca. Wiele wskazuje na to, że takie obrazki zapamiętają z tego sezonu kibice w Neapolu. Lorenzo Insigne dziękujący kibicom za doping, mając łzy w oczach. Dla niego to była ostatnia szansa, by przed przeprowadzką do Toronto zasmakować mistrzostwa w barwach ukochanego klubu. On sam swoją formą w tym sezonie już nie zachwycał. Co prawda nadal jest najlepszym asystentem zespołu, ale z gry zdobył tylko jedną bramkę, reszta to rzuty karne. Gdyby wyciąć Insigne z czasów gry u Sarriego, gdy potrafił brać udział przy 27 golach w sezonie, i wkleić go do drużyny Spallettiego, Napoli miałoby potężny argument, by sięgnąć po scudetto. Nawet Insigne z zeszłego sezonu mógłby wystarczyć. Niestety takiego piłkarza zabrakło. 

Historia się powtarza

Scenariusz zawsze jest podobny. Na pewnym etapie rozgrywek Napoli zachwyca swoją grą, wykręca kolejne serie zwycięskich meczów, rozbija nawet najbardziej topornych rywali różnicą 3-4 goli, by w momencie, gdy naprawdę trzeba potwierdzić mistrzowskie aspiracje, potknąć się o własne nogi. Ten sezon zaczął się od ośmiu kolejnych zwycięstw, pierwsze dwie porażki z Interem i Atalantą były minimalne. Przegrana z Empoli zwiastowała już poważniejsze problemy, ale domowa porażka 0:1 ze Spezią, która nie oddała żadnego celnego strzału na bramkę (samobój Juana Jesusa), przy łącznie 26 próbach Napoli, była niewytłumaczalną katastrofą. Po tak wstydliwym meczu gracze Spallettiego musieli mozolnie pracować na to, by znów wspiąć się w okolice ligowego szczytu, a gdy byli już bardzo blisko, znów osunęli się o kilka pięter. Stali się Syzyfami Serie A – za każdym razem, gdy wtaczają głaz na samą górę, ten ucieka im na sam dół. I tak co sezon.

Można szukać usprawiedliwień w kontuzjach, bo te także nie oszczędzały Napoli. Wypadnięcie Victora Osimhena na blisko dwa miesiące zbiegło się z największym kryzysem zespołu w lidze. Brak naturalnego lidera, który w najtrudniejszych momentach wyprowadzałby zespół z kryzysu, bo Lorenzo Insigne szukający formy i zawodzący w wielu ważnych momentach takim liderem już nie mógł być. Do spotkania z Fiorentiną Osimhen nie miał żadnego trafienia z rywalem z czołówki, ale to zadanie przejmował od niego Dries Mertens, gdy Nigeryjczyk nie mógł grać bądź schodził z boiska. Z drugiej strony usprawiedliwienia nie da się znaleźć choćby dla słabej gry przed własną publicznością – ekipa mająca mistrzowskie aspiracje nie może punktować na własnym stadionie tak, jak Hellas Verona i Torino, które są daleko za strefą pucharową. To chyba jednak można uznać za trop, który po raz kolejny prowadzi nas do problemów z unoszeniem presji. A nie od dziś wiadomo, że większość szans na mistrzostwo, które Napoli wypuszczało z rąk w ostatnich latach, uciekało im na ich własne życzenie, często zanim ich piłkarze wychodzili na boisko w decydujących spotkaniach. Zresztą nie trzeba szukać daleko – mając awans do Ligi Mistrzów niemal w kieszeni w ostatniej kolejce zeszłego sezonu Partenopei nie zdołali pokonać Hellasu, czym sprezentowali Champions League Juventusowi. Dodajmy – Hellasu, który nie grał już o nic. 

Oczywiście do końca sezonu zostało jeszcze 5 kolejek i Napoli nie ma prawa myśleć o niczym innym, niż walka o komplet 15 punktów. Nawet jeśli nie da to już mistrzostwa, bo okaże się, że Inter lub Milan będzie niemal bezbłędny. Walka do samego końca należy się kibicom w Neapolu, których życie napędza to samo marzenie i którzy spoglądając na murale i kapliczki Diego Maradony wierzą, że pod Wezuwiuszem znajdą się wreszcie kolejni mistrzowie. 

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, Eleven Sports

Komentarze