Ten immunitet już się kończy. Jak Krzysztof Piątek chwyta się brzytwy

Krzysztof Piątek
Krzysztof Piątek PressFocus

Transfer Krzysztofa Piątka do Salernitany pokazuje, że w planowaniu kariery tego zawodnika coś poszło nie tak. Odchodząc z Herthy Polak podejmuje próbę ratowania kariery, ale związanie się z klubem z dolnej połówki tabeli, który nie daje żadnej gwarancji na rozpoczęcie odbudowy w podstawowej jedenastce, wygląda na ruch podjęty pod gigantyczną presją, a nie gruntownie przemyślane działanie.

  • Krzysztof Piątek rozpoczyna swoją przygodę z czwartym włoskim klubem w karierze
  • Ruch z przejściem do Salernitany wygląda o tyle niekorzystnie, że ten zespół nie ma problemów w ataku – jak było choćby w Fiorentinie, gdy Dusan Vlahović właściwie nie miał alternatywy, a jednocześnie szykował się do odejścia
  • Jest ogromne ryzyko, że jeśli Piątek szybko nie odpali, nagle stanie się nieatrakcyjny nawet dla włoskich klubów, u których często jeden dobry sezon w przeszłości działa jak immunitet na lata

Wysoki status na lata

Włochy to specyficzny rynek dla piłkarza. W najnowszym tekście Piotra Dumanowskiego i Dominika Guziaka na SerieA.pl możecie przeczytać, jak niechętnie trenerzy sięgają tu po młodych zawodników, za to jeśli ktoś niesie na plecach bagaż doświadczeń, zawsze jest mile widziany. Czołowe kluby lubią zatrudniać tych, których nazwisko mówi coś nie tylko niedzielnym kibicom, ale którym nie szło ostatnio w innych ligach z europejskiej czołówki. Te będące poza czołówką natomiast regularnie sięgają po tych, którzy nie są anonimowi w skali ligi – choć od jakiegoś czasu znaczą w niej mniej niż w przeszłości. Dlatego po pierwszym sezonie Krzysztofa Piątka, gdy walczył o koronę króla strzelców i w tej walce od początku do końca szedł niemal łeb w łeb na przykład z Cristiano Ronaldo, pojawiły się głosy, że Polak zapewnił sobie kontrakt w Serie A na jakąś najbliższą dekadę.

Wygrana na loterii, spełnienie oczekiwań i parszywy los piłkarza

Coś w tym faktycznie jest, bo nie ma przypadku, że w chwili, gdy Piątek jest na zakręcie kariery, zawsze sięga po niego klub włoski. Za pierwszym razem Fiorentina, teraz Salernitana. Teoretycznie to w tej drugiej – zatem obecnej – drużynie powinno mu być łatwiej, bo im większy klub, tym mniejsze znaczenie piłkarza będącego uzupełnieniem składu. W piłce jednak nie zawsze dwa plus dwa daje cztery. Wypożyczenie do Florencji było strzałem jednym na milion. Nawet gdyby zimą tego roku w Violi został Dusan Vlahović, Piątek mógł liczyć na regularne występy, na 30 minut gry po wejściu z ławki lub nawet więcej w Coppa Italia. A że Serb szybko zamienił Artemio Franchi na Allianz Stadium, Piątek znalazł się w lepszej sytuacji niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Oczywiście za część pieniędzy z transferu Fiorentina sprowadziła z FC Basel notującego świetne liczby Artura Cabrala, ale bezpośrednią rywalizację o miejsce w składzie wygrał Polak, który do tego wyścigu nie startował z pole position. Doszło nawet do tego, że Vincenzo Italiano potrafił przez pełne 90 minut trzymać Brazylijczyka na ławce, bo ten wyglądał dużo gorzej od naszego reprezentanta. Zaczęło się szaleństwo, które przypominało to z poprzedniej włoskiej przygody – regularnie strzelane gole, okładki największych gazet. To jest powód, dla którego nie można pobytu w Toskanii rozpatrywać jako kolejnej porażki w karierze Piątka. Kto wie, gdzie by dziś był, gdyby nie kontuzja, jakiej nabawił się w meczu ze Szkocją (1:1), w którym – a jakże – zdobył bramkę. “Pio” był naprawdę w dobrej formie i na takiej też drodze do odbudowania kariery. Niestety po powrocie do treningów zastał zupełnie inną rzeczywistość, a Italiano łaskawe spojrzenia zaczął rzucać w kierunku kogoś innego.

Nikt nie będzie czekał

O ile Fiorentina była w styczniu najlepszą drużyną na świecie, do której realnie mógł trafić Piątek, o tyle nie da się tego powiedzieć o Salernitanie. To znaczy absolutnie każdy zespół stanowił formę ratunku, bo Hertha dla Piątka byłaby czyśćcem porównywalnym z tym, co Aurelio de Laurentiis zgotował Arkadiuszowi Milikowi w jego schyłkowym momencie w Napoli, ale akurat Salernitana wygląda na chwytanie się brzytwy. Sukcesem menedżerów Piątka bez wątpienia jest wyciągnięcie go z Berlina, ale kto wie, czy nie okaże się to pyrrusowym zwycięstwem. Ubiegłoroczny beniaminek, wtedy jakimś cudem ocalony przed degradacją, dziś jest zespołem, który nie powinien desperacko bić się o pozostanie w elicie. Jego siłą – tak się wydaje na starcie sezonu – jest linia ataku. Boulaye Dię uznaliśmy w poprzednim odcinku SerieALL najlepszym piłkarzem kolejki, po tym, jak przeciwko Sampdorii strzelił dwa gole i zanotował asystę. Do tego dorzucił kolejnego gola w czwartek w Bolonii, a jego statystyki z przeszłości, gdy grał w Reims (14 goli w Ligue 1) wlewają w kibiców wiarę, że dostali naprawdę bramkostrzelnego snajpera. Partnerem z ataku Dii jest 25-letni Federico Bonazzoli, jeden z głównych architektów utrzymania Salernitany sprzed kilku miesięcy. Człowiek, który zagwarantował dwucyfrową liczbę bramek i który w obecnym sezonie jest jedną z najjaśniejszych postaci w drużynie.

Dodatkowo w odwodzie są Brazylijczyk Mikael, Norweg Erik Botheim (nawet już z golem w tym sezonie) i reprezentant Chile Diego Valencia, ale wydaje się, że na starcie Polak jest jednak w hierarchii przed nimi. Było nie było, przychodzi do drużyny, w której już jest pięciu napastników liczących się w walce o skład.

Piątek zatem trafia do zespołu, gdzie samo wejście będzie niezwykle trudne. Wątpliwe, by ktoś tu czekał, aż się rozkręci, bo przy bardzo silnej konkurencji nie może liczyć na status gwiazdy. Taki pewnie otrzymałby w Salerno 12 miesięcy wcześniej, ale dzisiejsza Salernitana to bardziej kandydat to zajęcia spokojnego miejsca nad strefą spadkową, który jeśli gdzieś ma kłopoty, to nie w linii ataku. Sezon rzecz jasna jest długi, ale czas do mistrzostw świata – przeciwnie. Na dziś wygląda to tak, że Piątek ma sporo do udowodnienia i z najgorszego dla siebie zespołu na świecie trafił do takiego, któremu niewiele do tego statusu brakuje.

To włoskie powietrze…

To, co daje nadzieję, to fakt, że pobytu w żadnym z trzech włoskich klubów nie da się w przypadku Piątka jednoznacznie zaliczyć jako porażki. W Genoi wyrobił sobie markę, z której korzysta do dziś. W Milanie miał jedno z najbardziej efektownych wejść do zespołu w ostatnich latach i zaliczył chyba najlepsze pół roku w karierze – inna sprawa, że zjazd windą nastąpił w równie imponującym tempie. Do Fiorentiny przychodził jako zmiennik, a pokazał, że może być podstawowym wyborem – można tylko domniemywać, co by było, gdyby nie kontuzja. Organizm Piątka wyjątkowo dobrze przetwarza włoskie powietrze, więc w Salerno też może odpalić. Z tą różnicą, że jeśli nie, prawdopodobnie immunitet wypracowany w sezonie 2018/19 może na Półwyspie Apenińskim wygasnąć na dobre. W wieku 28 lat. To najdobitniej pokazuje, że w planowaniu tej kariery nie podejmowano najlepszych decyzji. I od czasów Genoi – z wyjątkiem Fiorentiny – nie znajdowano mu najlepszych klubów, do jakich powinien w danym momencie trafiać.

***

Mecz kolejki

Napoli – Lecce 1:1. Beniaminek nie miał w tym starciu większych szans, a jednak postawił się rywalowi, który bardzo dobrze wszedł w sezon. Napoli wyglądało świeżo w pierwszych trzech grach, jakby zmiany, do których doszło w przerwie między sezonami, nie wymagały czasu, by właściwie funkcjonować. Lecce znalazło jednak sposób, by rywala powstrzymać, bo naprawdę dobrych okazji gospodarze wcale nie mieli zbyt wielu. Wyrazem bezradności można nazwać aż osiem strzałów oddanych zza pola karnego, choć oczywiście tych z szesnastki też nie brakowało. Drugi remis z rzędu oznacza, że Azzuri kolejny raz nie wykorzystali okazji na objęcie prowadzenia w Serie A. Co ciekawe, wystarczyły zaledwie cztery kolejki, by pierwsza siódemka w lidze (różnica między prowadzącą Atalantą a siódmym Lazio to… dwa punkty) została złożona z zespołów, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem zakończą sezon właśnie w tej siódemce. Z jednej strony jest to dowód na rozwarstwienie ligi, z drugiej – zapowiedź spektakularnej walki o mistrzostwo. Na dziś nie widać zdecydowanego faworyta, a wiele wskazuje, że o Scudetto bić się będzie więcej niż dwa-trzy zespoły.

Wydarzenie kolejki

Transfer Arthura z Juventusu do Liverpoolu. Jeśli za jeden z najważniejszych transferów w okienku transferowym można uznać transfer z a nie do klubu, to znaczy, że coś bardzo poszło nie tak. Szokujące jest jednak, że po tak koszmarnie nieudanej przygodzie, Arthur Melo znalazł zatrudnienie w jednym z najlepszych klubów świata. Brazylijczyk przychodząc z Barcelony na Allianz Stadium z miejsca stał się jednym z najlepiej zarabiających piłkarzy w Juve – La Gazzetta dello Sport wyliczyła, że jego minuta gry w Juventusie kosztowała 5 tys. euro. A nie było ani jednej minuty, w której by błyszczał. Jego zagraniem firmowym stało się podanie do tyłu lub najbliżej ustawionego partnera – to trochę mało jak na pensję 8 mln euro netto, jaką zagwarantował sobie w kontrakcie. Teraz ten kontrakt będzie w całości opłacał Liverpool, co sprawi, że płacowy budżet Juventusu pozbył się szkodliwej narośli. To ogromny sukces klubu z Turynu, zwłaszcza że nikt inny nie był skory do wypożyczenia na tak komfortowych dla Juve warunkach. Na przykład Valencia, która również wyrażała chęć wyciągnięcia Arthura z drużyny Allegrego, nie chciała płacić więcej niż 25 proc. pensji tego piłkarza. Fakt, że Juergen Klopp dostrzegł w Brazylijczyku zawodnika pasującego do jego koncepcji, spadł z nieba zarówno Juventusowi, jak i Arthurowi.

Piłkarz kolejki

Teun Koopmeiners (Atalanta). Niesamowity mecz 24-letniego pomocnika, który w starciu z Torino (3:1) popisał się hat trickiem. Mało tego – gdyby nie fantastyczna parada Vanji Milikovicia-Savicia jeszcze w pierwszej połowie, goli Holendra mogło być więcej. Piłkarz Atalanty jest ostatnio w wybitnej dyspozycji, bo przecież w weekend to jego trafienie przesądziło o zwycięstwie La Dei w Weronie (1:0). Nas, kibiców reprezentacji Polski, może martwić natomiast to, że za niespełna trzy tygodnie Koopmeiners zagra przeciwko Biało-Czerwonym w meczu Ligi Narodów.

Polak kolejki

Jakub Kiwior (Spezia). Najlepszy w swojej drużynie przeciwko Juventusowi (0:2). Mimo porażki zanotował całą masę odbiorów, a do tego współczynnik przewidywania miał na najwyższym poziomie. Współwinny utraty gola na 0:2, czyli trafienia Arkadiusza Milika, ale nie da się Kiwiorowi wystawić innej oceny za występ w środę, niż pozytywnej.

Gol kolejki

Lorenzo Colombo (w meczu Napoli – Lecce 1:1). Wypożyczony z Milanu piłkarz przeżył na San Paolo prawdziwą huśtawkę nastrojów. Najpierw nie wykorzystał rzutu karnego – górą okazał się Alex Meret, a dosłownie w następnej akcji to Napoli wyszło na prowadzenie. Ostatecznie Colombo został bohaterem swojego zespołu, gdy uderzył w sposób tak zaskakujący, że żaden z piłkarzy gospodarzy nawet do niego nie doskoczył. Ale co tu pisać, tego gola trzeba zobaczyć.

Komentarze