Kolejnych powrotów nie będzie – jak Cesare Prandelli przestał pasować do świata calcio

Cesare Prandelli
Cesare Prandelli PressFocus

„Wiem, że to może być koniec mojej kariery trenerskiej, ale nie żałuję i nie chcę tego żałować. Świat, którego przez całe życie byłem częścią, prawdopodobnie nie jest już dla mnie odpowiedni, już się w nim nie widzę. Na pewno się zmieniłem, a wszystko toczy się szybciej, niż sądziłem. Dlatego nadszedł czas, by przestać dawać nieść się tej prędkości i odkryć, kim naprawdę jestem” – to szczere i smutne słowa trenera, którego karierę można nazwać wyjątkową. Nie tylko ze względu na osiągnięcia, ale także na to, że jak mało która była ukształtowana przez pozaboiskowe wydarzenia. Używamy tu czasu przeszłego, bo wiele wskazuje na to, że owa kariera właśnie dobiegła końca. Z klasą, bez zwracania na siebie uwagi, gdzieś poza uwagą skupionych na początku eliminacji do Mundialu mediów, z szacunkiem dla kibiców Fiorentiny, do których skierował pożegnalny list. W taki sposób w cień usunął się Cesare Prandelli.

Mimo, że jako piłkarz Juventusu sięgnął po niemal każde trofeum – od scudetto, przez Puchar Włoch, aż po Puchar Europy i Puchar Zdobywców Pucharów, to w Turynie przez lata odgrywał co najwyżej drugoplanową rolę. Jako trener na dobrą sprawę nie sięgnął po żadne znaczące trofeum, ale przez lata był niezwykle ceniony i często nagradzany, co zaowocowało posadą selekcjonera reprezentacji Włoch. To właśnie na ławce trenerskiej mógł dopiero pokazać, że oprócz wielkiej wiedzy o futbolu ma także dar zjednywania sobie ludzi.

Osobista tragedia

Dlaczego to właśnie pozaboiskowe wydarzenia w dużej mierze kształtowały jego karierę? Po udanej pracy w Hellasie i Parmie Prandelli dostał w 2004 roku życiową szansę poprowadzenia Romy po Fabio Capello. Z tej szansy zrezygnował, gdy okazało się, że stan jego żony Manueli, chorującej na raka, znacznie się pogorszył. Przed startem sezonu podjął decyzję, że opuszcza klub i poświęca się w pełni walce o zdrowie kobiety, którą poznał jeszcze jako osiemnastolatek. „Ona była moim priorytetem, chciałem być przy niej cały czas. Wiele osób było zaskoczonych moją decyzją, ale dla mnie była ona naturalna. W świecie futbolu niektórzy boją się normalności”. Niestety w 2007 roku choroba zaatakowała ponownie, żona trenera zmarła w ciągu kilku dni.

W czasie osobistej tragedii przeżywał najlepszy okres w swojej karierze. W ciągu pięciu lat przywrócił Fiorentinę do ligowej czołówki, otarł się o finał Pucharu UEFA, a w 1/8 finału Ligi Mistrzów odpadł z Bayernem Monachium tylko przez gorszy bilans bramek wyjazdowych. We Florencji Prandelli nie tylko trenował, ale starał się także być nauczycielem, osobą, z którą każdy piłkarz może porozmawiać mając pewność, że zostanie wysłuchany i zrozumiany. To cecha, która niezwykle przydaje się mu później podczas prowadzenia reprezentacji Włoch. Tam jako jedyny selekcjoner jest w stanie wykorzystać potencjał Mario Balotellego, na dodatek w duecie z innym „dużym dzieckiem” – Antonio Cassano. Balo, który do wściekłości doprowadzał praktycznie wszystkich trenerów w klubach, był traktowany przez Prandellego niemal jak syn i publicznie wspierany nawet wtedy, gdy grając w Manchesterze City stawał się bohaterem skandali. Na trzydzieści sześć występów Mario we włoskiej kadrze, aż trzydzieści trzy przypadają na kadencję Prandellego. Nagrodą za zaufanie był jego wkład w dojście do finału Euro 2012 i dublet w półfinale z Niemcami.

Pielgrzymki Prandellego

Pamiętacie słynną pielgrzymkę Javiera Irurety z A Corunii do Santiago de Compostela po wyeliminowaniu Milanu przez Deportivo dzięki wygranej 4:0? Podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie Prandelli przebywał takie pielgrzymki kilka razy – po wyjściu z grupy, wyeliminowaniu Anglii w ćwierćfinale i po wygranej z Niemcami i wejściu do finału. Zostawiał zawodników w hotelu, po czym pod osłoną nocy razem ze sztabem szkoleniowym potrafił przejść 20 kilometrów z Wieliczki do klasztoru Kamedułów w Krakowie. Podczas tamtych mistrzostw Europy jego drużyna trafiła tylko na jednego rywala, któremu nie sprostała. W tamtym czasie pokonanie Hiszpanów było jednak praktycznie niemożliwe.

Mimo porażki w finale wydawało się, że Prandelli dokonał tego, o co skutecznie walczył kilka lat wcześniej Marcello Lippi. Przywrócił kadrze blask i prestiż, ale zwracał też uwagę na to, co za kilka lat miało doprowadzić do jednego z największych blamaży Włochów i odpadnięcia z eliminacji do Mundialu w Rosji. „Ludzie cały czas mówią tylko o Milanie czy Juventusie. Liczy się tylko to, co osiągają kluby, nikt nie dba o dobro reprezentacji. W Hiszpanii, Anglii i Niemczech młodzi zawodnicy mogą ogrywać się w rozgrywkach młodzieżowych i ligach rezerw. My dajemy naszym talentom za mało okazji do gry, a to się kiedyś na nas zemści”. Prandelli sam padł ofiarą swoich proroczych słów. Dwa lata po wicemistrzostwie Europy, gdzie świetnie zagrali Pirlo, Balotelli, Cassano, De Rossi czy weteran Di Natale, Włosi znów nie wyszli z grupy na Mundialu. Tamten turniej zakończył się karczemną awanturą między selekcjonerem a Balotellim w przerwie meczu z Urugwajem. Prandelli zarzucił Balo brak zaangażowania w grę, a reszta zespołu wymusiła odesłanie go pod prysznic. Tak na dobrą sprawę zakończyła się poważna kariera Cesare, który w żadnym z jego kolejnych klubów nigdy już nie zdołał zagrzać miejsca na dłużej niż pół roku.

Nie był sobą

W ostatnim czasie Prandelli zdawał się już nie być sobą – gentlemanem, który w eleganckim garniturze odpowiadał cierpliwie na każde pytanie dziennikarzy. Po porażce z Milanem w ogóle nie pojawił się na pomeczowych wywiadach. Na konferencjach prasowych wyglądał na zmęczonego, ligowe tempo i narastająca krytyka zaczęły go przygniatać, a Viola wciąż nie mogła bezpiecznie oddalić się od strefy spadkowej. “Nigdy nie chciałbym, by mój dyskomfort był widoczny i wpływał na wyniki zespołu. W ostatnich miesiącach pojawił się we mnie cień, to zmieniło sposób postrzegania przeze mnie pewnych rzeczy” – fragmenty jego listu opublikowanego po podaniu się do dymisji to dowód na to, że 63-latek nie miał już dłużej zamiaru na siłę pomagać Fiorentinie. Wcześniej sam podkreślał, że jego ponowne pojawienie się na Artemio Franchi to właśnie próba pomocy klubowi, któremu sam wiele zawdzięcza. Ustąpienie w tym momencie to także uniknięcie możliwej walki o utrzymanie w końcówce sezonu, a to na pewno nie byłaby piękna klamra zamykająca jego wieloletnią pracę we Florencji. Z pewnością nie taka, na jaką zasłużył. Teraz Cesare Prandelli musi pomóc sobie sam i porządnie odpocząć od futbolu, choć czytając między wierszami można się domyślić, że szanse na jego powrót są już niewielkie.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak – Eleven Sports

Komentarze