Jose Mourinho w AS Roma. Świat oszalał, ale skąd wziął się ten transfer?

Jose Mourinho
Jose Mourinho PressFocus

Jose Mourinho zostanie nowym trenerem AS Roma. Nie trzeba znać się na piłce, by dojść do wniosku, że stało się coś wielkiego, ale skoro to takie wydarzenie, warto zastanowić się, jak do tego doszło. I przede wszystkim – po co – czytamy w serwisie Goal.pl.

Tuż po tym, jak Roma ogłosiła przyjście Mourinho, Fabrizio Romano napisał na Twitterze, że kontrakt z Portugalczykiem został dogadany potajemnie, ale wywoływany przez wszystkie media Maurizio Sarri nigdy nie był prawdziwą opcją. Jedyny kontakt miał mieć miejsce w styczniu, ale nie doszło do dyskusji o konkretach. To zaskakujące, bo o ile Romano wypracował sobie opinię wiarygodnego, o tyle w tego akurat niusa trudno uwierzyć. Sarri wydawał się pewniakiem pod każdym kątem. Średnio udana przygoda z Juventusem to za mało, by ludzie uznali “Sarrismo” za martwy archaizm, a Roma od lat styl na liście priorytetów stawiała na równi z wynikami. Sarri też nie byłby wielkim problemem na liście płac. W Juventusie zarabiał 5,5 mln euro za sezon, ale było jasne, że to szczyt i w niżej notowanym klubie zgodziłby się na mniej. “La Gazzetta dello Sport” podaje nawet, że negocjacje między klubem a trenerem stanęły na 3,5 mln euro, po czym obie strony podały sobie ręce. Los Paulo Fonseki też był już dawno przesądzony, nawet jeśli niepotwierdzony oficjalnym komunikatem, więc poszukiwania jego następcy musiały trwać co najmniej od kilku tygodni. Sarri był wówczas wolny, podobnie jak wymieniany obok niego Massimiliano Allegri, z tym, że do Romy pasował bardziej. Ale 19 kwietnia Tottenham ogłosił rozwód z Jose Mourinho i była to druga część układanki ze Special One w Rzymie.

Bo sprowadzanie Mourinho na Olimpico – choć nikt na czele z samymi zainteresowanymi – rozpoczęło się jeszcze w listopadzie 2020 roku. Jose miał wtedy całkiem udaną serię w Tottenhamie, wygrywał mecz za meczem, zresztą podobnie jak Roma, wtedy trzecia siła Serie A. Ale Dan Friedkin, którego Friedkin Group przejęła klub niedługo wcześniej, właśnie zatrudnił na stanowisku dyrektora generalnego Tiago Pinto, Portugalczyka budującego wcześniej markę Benfiki Lizbona. Gdyby nie ten krok, dziś prawdopodobnie świat piłki nie byłby w takim szoku. Włoskie gazety w nim widzą głównego bohatera historii – Pinto świetnie się zna z przedstawicielem firmy zajmującej się obrotem wizerunkami, w tym Mourinho. To Pinto miał zacząć podpytywać tą ścieżką o swojego rodaka i uzyskać odpowiedź daleką od “nie”. Co kierowało Mourinho? Być może potrzebował klubu z lig top trzy w Europie, w dodatku z ambicjami sięgającymi Ligi Mistrzów, by po ostatnich latach odbudować swoją markę i własne ego. A Roma mogła być jedyną opcją, która nie każe The Special One wybierać pomiędzy zakończeniem kariery, a rozmienieniem się na drobne. Co nie umniejsza skali upadku tego szkoleniowca.

Wiele wskazuje na to, że Mourinho – jeśli faktycznie jego motywacją jest to, co wyżej – Roma jest potrzebna w podobnym stopniu, co on Romie. Kibice oczekiwali od Friedkinów wielkiego ruchu, a ci, idąc tokiem amerykańskiej myśli, że wszystko, co stamtąd, musi być największe, zapewnili rozmiar kalibru, jakiego nikt się nie spodziewał. Dogadali się z Mou na zarobki na poziomie 7 mln euro (plus bonusy), co jest potężną kwotą, ale wciąż będącą daleko od rekordowych 12, jakie rocznie otrzymuje od Interu Antonio Conte. W żółto-czerwonej części Rzymu wybuchł entuzjazm, kibice dziękują i krzyczą, że znów mogą marzyć. Słowem opinia, że we Włoszech na raz wyrobionym nazwisku można wozić się znacznie dłużej niż w innych częściach Europy ma się dobrze. Eksplodowały klubowe social media. Tweet z informacją o zatrudnieniu Mourinho wygenerował dotąd 40 tys. podań dalej i 120 tys. polubień. Wpis na Facebooku – 72 tys. lajków. Dla porównania inne informacje rzadko przekraczają tu 10 tys. polubień, a ta o zwolnieniu niechcianego już chyba przez nikogo Paulo Fonseki – 11 tys. Akcje Romy na włoskiej giełdzie zamknęły dzień wzrostem o 21 proc. Roma znalazła się w światowym mainstreamie.

Cały tekst w serwisie Goal.pl

Komentarze