Mały klub, który nikogo się nie boi. Jak Empoli zaczęło pukać do ligowej czołówki

Empoli FC
Empoli FC PressFocus

W ostatnich kilku sezonach w Serie A dość regularnie powtarzała się sytuacja, w której dwóch beniaminków nie potrafiło dorównać poziomem reszcie stawki i od razu spadało do Serie B. Trzeci beniaminek zaskakiwał pozytywnie i nie tylko utrzymywał się w lidze, ale potrafił jeszcze napsuć krwi zespołom walczącym o mistrzostwo. W obecnych rozgrywkach furorę robi Empoli, które po ostatniej wygranej z Napoli jest tuż za plecami ligowej czołówki.

  • Empoli jest jedną z rewelacji obecnego sezonu Serie A. Na rozkładzie ma mocnych rywali
  • Wysoka pozycja w tabeli ligi włoskiej nie jest przypadkowa
  • Empoli trudno będzie powalczyć o awans do europejskich pucharów, ale nie jest to niemożliwe, bo do efektowności dokłada efektywność

Dwa lata temu Hellas zakończył sezon na wysokim 9. miejscu, wygrywając m.in. z Juventusem, zresztą do dziś pozostając solidnym zespołem środka tabeli. Rok temu dobre wrażenie wywarła Spezia. Liguryjczycy po pierwszym w historii awansie nie bali się grać otwartej i ofensywnej piłki, pokonując m.in. Milan oraz Napoli i kończąc sezon na bezpiecznym 15. miejscu. Teraz Empoli sprawia niespodzianki i plasuje się wysoko.

Jest to miejsce, na które piłkarze ze Stadio Carlo Castellani jak najbardziej zasługują. Obecnie znajdują się na 8. pozycji, dwa punkty za Juventusem, który już w tym sezonie pokonali w Turynie. Ograli także Fiorentinę, która znajduje się tuż za pierwszą czwórką, więc łącznie zawodnicy Aurelio Andreazzolego mają na rozkładzie trzy ekipy z czołówki. Gdybyśmy mieli wskazać, do kogo jest im bliżej stylem gry – do Spezii czy Hellasu z poprzednich sezonów, wskazalibyśmy właśnie Spezię, która również grała odważnie i nie bała się iść na wymianę ciosów. Tyle, że Spezia po 17 kolejkach miała dziewięć punktów mniej, niż obecnie ma Empoli, które do miłego dla oka stylu dodaje także efektywność.

Andreazzoli, który dużą część trenerskiej kariery spędził jako asystent u boku Luciano Spallettiego oraz kilku trenerów Romy, po latach udowadnia, że jako pierwszy szkoleniowiec radzi sobie świetnie. Już trzy lata temu wprowadzał Empoli do elity, wygrywając Serie B z 13-punktową przewagą nad Parmą. Kolejny sezon skończył się spadkiem, ale Toskańczycy grali bez stawiania autobusu w bramce, byli 11. ofensywą ligi, a do utrzymania zabrakło im szczęścia w końcówce decydującego meczu z Interem. Empoli przez kilka miesięcy w trakcie tamtego sezonu prowadził Beppe Iachini, ale to Andreazzoli był architektem tak funkcjonującej drużyny. Po spadku w “nagrodę” dostał propozycję z Genoi, ale do niego Enrico Preziosi miał cierpliwość tylko przez osiem kolejek. Po tym, jak Alessio Dionisi – autor kolejnego awansu Empoli – przyjął ofertę Sassuolo, prezydent Fabrizio Corsi nie wahał się po raz kolejny zadzwonić do Andreazzollego.

Corsi gospodaruje klubem bardzo sprawnie i kupuje piłkarzy dopiero wtedy, gdy uda mu się kogoś sprzedać. A w ostatnich latach z piłkarzy, którzy opuścili Carlo Castellani, można byłoby zbudować jedenastkę, która co sezon biłaby się o europejskie puchary. W ostatnich siedmiu latach, czyli od czasu awansu do Serie A z Maurizio Sarrim, przez klub przewinęli się tacy gracze, jak Piotr Zieliński, Leandro Paredes, Ismael Bennacer, Riccardo Saponara, Rade Krunić, Giovanni Di Lorenzo, Francesco Caputo, Mario Rui, Elseid Hysaj, Łukasz Skorupski, Bartłomiej Drągowski czy Hamed Junior Traore. W przypadku Paredesa czy Polaków były to tylko wypożyczenia, ale dzięki nim ich kariery ruszyły do przodu. Paredes po powrocie z Empoli do Romy zaczął grać częściej, trafił do reprezentacji Argentyny, Zenitu, a potem do PSG. Zielińskiego z Empoli do Napoli zabrał ze sobą Maurizio Sarri, po drodze wykupując go z Udinese. Skorupski bronił w Toskanii na tyle solidnie, że po kolejnym roku w Romie kupiła go Bologna. Drągowski podczas półrocznego wypożyczenia na Carlo Castellani wyczyniał takie cuda w bramce, że w Fiorentinie szybko odesłano do Francji Albana Lafonta i zrobiono Polakowi miejsce między słupkami, choć wcześniej niewielu miało do niego zaufanie.

W tym sezonie już widać zawodników, którzy pójdą podobną drogą. Szymon Żurkowski długo musiał pracować na to, by we Włoszech było o nim głośno. Minęły dwa lata od jego pojawienia się w Fiorentinie, ale dopiero po 1,5 roku gry na wypożyczeniu w Empoli wszyscy zobaczyli, że nie zmarnował tego czasu. W tym sezonie jego dwie bramki i asysta dały zespołowi już cztery punkty, ale nawet bez strzelania goli jego wpływ na drużynę jest bardzo duży. Żurkowski dysponuje dobrym strzałem z dystansu, świetnie czuje się atakując z piłką przy nodze, potrafi się przy niej utrzymać, dużo widzi i często kreuje kolegom sytuacje bramkowe. Do tego solidnie pracuje w defensywie, a takiej pracy w beniaminku zawsze jest dużo. Po sezonie kolejne wypożyczenie polskiego zawodnika z Fiorentiny dobiegnie końca, a w nowocześnie grającej drużynie Vincenzo Italiano miejsce dla takiego pomocnika musi się znaleźć (o ile nie zgłosi się po niego ktoś inny). 

Co warte podkreślenia, w zdecydowanej większości przypadków klub nie bazuje na swoich wychowankach, a to przecież aktualni mistrzowie Primavery. W zeszłym sezonie młodzież Empoli pokonała w finale rozgrywek samą Atalantę, która wygrywała dwie poprzednie edycje i wyznacza trendy w szkoleniu młodzieży we Włoszech. Jednak ze zwycięskiego młodego zespołu tylko Kristjan Asllani dostał od Andreazzolego kilka razy szansę wejścia z ławki w tym sezonie. Z wychowanków regularnie grają jedynie Samuele Ricci i Mattia Viti (no i oczywiście Lorenzo Tonelli, który jednak do najmłodszych nie należy i wrócił do Empoli po latach spędzonych w Napoli i Sampdorii). Latem Fabrizio Corsi zarobił 16 milionów euro na sprzedaży Hameda Juniora Traore do Sassuolo, gdzie przez ostatnie dwa lata Iworyjczyk był wypożyczony – to w końcu także wychowanek Empoli. Poza tymi przypadkami recepta na funkcjonowanie klubu to znajdowanie niepotrzebnych piłkarzy, szlifowanie i odsyłanie bądź sprzedaż do lepszych zespołów. Nawet gracze, którzy w ostatnich dwóch dekadach byli symbolami klubu – Massimo Maccarone i Francesco Tavano, najlepsi strzelcy w historii Empoli, nie wychowali się na Carlo Castellani. Pierwszy z nich jest wychowankiem Milanu, ale tam nie przebił się do seniorskiej drużyny i został przygarnięty w Toskanii. Drugi to wychowanek sąsiedniej Fiorentiny, gdzie nikt nie widział go w pierwszym zespole, więc wybrał lokalnego rywala. Jednak nie myślcie, że w Empoli na wychowanków nikt nigdy nie patrzył poważnie. Już w latach 90. poszukiwania młodych piłkarzy były tam na tyle sprawnie skoordynowane, że w odstępie kilku lat w okolicach Neapolu wyłowiono dwóch świetnie zapowiadających się 13-latków, których czym prędzej ściągnięto do Toskanii. Stworzono z nich bomberów, którzy łącznie w Serie A zdobyli 350 bramek. Pierwszy to Vincenzo Montella, drugi to Antonio Di Natale.

Na razie najważniejszą informacją dla kibiców Empoli jest to, że z takim dorobkiem punktowym i taką grą są bliscy utrzymania w lidze. To istotne, gdyż toskański klub rozgrywa dopiero 14. sezon w Serie A, a i tak zdążył z niej spaść już sześć razy. Jeśli piłkarze Aurelio Andreazzolego będą dalej tak imponować, wielu z nich w kolejnych rozgrywkach zobaczymy w mocniejszych klubach. Oprócz tych wypożyczonych, jest też kilku piłkarzy, na których Fabrizio Corsi zrobi niebawem dobry interes, sprzedając do lepszych klubów. Mattia Viti, Fabiano Parisi, Samuele Ricci czy Nedim Bajrami to tylko kilka nazwisk, dla których warto przyglądać się beniaminkowi z Toskanii. Pewnie gdyby sam Aurelio Andreazzoli był kilka lat młodszy, mógłby pójść drogą Luciano Spallettiego czy Maurizio Sarriego, dla których Empoli było trampoliną do wielkiej kariery. W drugiej części sezonu poznamy odpowiedź na pytanie, gdzie zawodnicy 68-letniego szkoleniowca mają swój sufit. Gdyby ktoś pytał – awans do europejskich pucharów już raz w Empoli się zdarzył, ale w sezonie, gdy Serie A była nieco okrojona po aferze Calciopoli i jeszcze przed powrotem Napoli na salony. Powtórzenie tego wyczynu w obecnych rozgrywkach byłoby prawdopodobnie jedną z największych niespodzianek ostatnich lat.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, Eleven Sports

Komentarze