Małolat, który już zaczyna układać ligę po swojemu

Dusan Vlahović
Dusan Vlahović PressFocus

Możemy dyskutować o świetnych derbach Mediolanu, o drugim tchu, jaki właśnie złapało Napoli, albo o Atalancie, która wręcz przeciwnie – od pewnego czasu wygląda, jakby tlenu jej brakowało (i właśnie przegrała z Cagliari). Możemy zachwycać się strzelecką formą Ciro Immobile albo szydzić z indolencji Romy w meczu przeciwko drugiej najgorszej defensywie ligi (0:0 z Genoą). Ale wszystkie te wydarzenia muszą zejść na drugi plan wobec debiutu Dusana Vlahovicia w Juventusie. Debiutu, który pokazuje, że porządek tego sezonu shierarchizowany właściwie od jego startu, lada dzień może zostać wywrócony do góry nogami.

  • Dusan Vlahović w wieku 16 lat powiedział znajomym, że przyjdzie dzień, w którym zagra w Juventusie. Nie wiemy, jak wyobrażał sobie swój debiut, ale gdyby określił wymarzony, wyglądałby mniej więcej tak, jak jego występ z Hellasem
  • Przejście Vlahovicia do Juventusu to największy transfer zimy w Europie. Już po jednym meczu widać, że Serb nie potrzebuje aklimatyzacji w nowym klubie
  • Juventus nie traci ostatnio bramek (dziewięć czystych kont w trzynastu meczach), ale dopiero mecz z Atalantą zdefiniuje, czy celu z ukończenia sezonu w czwórce nie będzie warto przedefiniować na ambitniejszy

Nowy Juventus? To hula

– Nie chcę wyciągać zbyt odważnych wniosków, ale to hula – mniej więcej takich słowa w czasie transmisji meczu Juventusu z Hellasem użył komentujący to spotkanie w Eleven Mateusz Święcicki. Było to około 30. minuty, gdy Dusan Vlahović nabiegł na płaskie dośrodkowanie z lewej strony pola karnego, dołożył prawą nogę, piłka minęła Lorenzo Montipo, ale na nieszczęście Serba o centymetry także bramkę. Pół godziny – tyle wystarczyło Vlahoviciowi, by mieć czynny udział w czterech sytuacjach swojego nowego klubu. Najpierw oddał potężny strzał zza pola karnego, który bramkarz Hellasu odbił do boku. Później zdobył gola efektownym lobem, następnie prawdopodobnie został sfaulowany w polu karnym (choć arbiter wraz ze swoim VAR-em uznał inaczej), i wreszcie nieznacznie chybił w opisanej akcji. To była jedna z najlepszych wersji Juventusu w tym sezonie. To była gra, która naprawdę hulała.

Zanim transfer doszedł do skutku, ale był już na etapie, na którym nic już nie powinno się wysypać, o potrzebie pozyskania Vlahovicia pisaliśmy tak:

Juventus mierzy się z dużym problemem wśród napastników. Alvaro Morata zaliczył bardzo udany powrót na Allianz, ale dziś jest przynajmniej pięterko pod wersją samego siebie sprzed roku. Moise Kean irytuje bezradnością i decyzyjnością, a jego obraz zabawnie uzupełnia fakt, że dwa z trzech goli, jakie zdobył w tym sezonie Serie A wzięły się z tego, że… został nastrzelony przez któregoś z partnerów (choć – by oddać mu sprawiedliwość – w meczu z Cagliari jednak ruch głową do piłki zrobił). Stara Dama ma więcej luk niż tylko w ataku, jednak gdybyśmy mieli wskazać najważniejsze brakujące ogniwa, Dusan Vlahović bez wątpienia by nim był.

Vlahović, czyli piłkarz, który chce być w każdej akcji

Z perspektywy meczu z Weroną już widzimy, w którym miejscu na boisku gra poprawiła się najmocniej. Jeden mecz to za mało, by tworzyć regułę, ale wystarczająco dużo, by budować nadzieję. Vlahović to nie tylko piłkarz, który miał udział w opisanych na wstępie sytuacjach, ale też zawodnik, który pragnął być pod grą cały czas. Nie ograniczał swojej roli do klasycznej dziewiątki czekającej na podania (choć oczywiście wynikało to również z zadań narzuconych mu przez Allegrego), a pracował na całej połowie przeciwnika. Można było odnieść wrażenie, że za punkt honoru postawił sobie to, by każda akcja przechodziła przez niego. A nie mówimy tu o debiucie spektakularnym, okraszonym zdobyciem hat tricka i zaliczeniem asysty. Vlahović zagrał świetnie (w „La Gazzetta dello Sport” został wybrany piłkarzem meczu), pokazał, ile jego transfer może dać Juventusowi, ale jednocześnie trudno nie mieć wrażenia, że ma jeszcze spore rezerwy.

Wreszcie wdarli się do czwórki

I to właśnie w tym kontekście piszemy o możliwym wywróceniu hierarchii w Serie A. Tej ustanowionej na początku sezonu, gdy bardzo szybko okazało się, że czołową czwórkę na dłuższą metę tworzą: Inter, Milan, Napoli i Atalanta. Symboliczne, że po jednym meczu Vlahovicia Stara Dama wyprzedziła już jednego z rywali, ale ważniejsze jest to, jaki sygnał wysłała do tych jeszcze wyżej. „LGdS”. W mistrzostwo raczej trudno uwierzyć – Inter nawet przy porażce z Milanem ma osiem punktów przewagi, do tego jeden mecz do rozegrania więcej i bardzo wysoką dyspozycję, ale myśleć o progresie względem poprzedniego sezonu? To się wydaje realne.

Mecz z Hellasem wyglądał na idealny. Gdy wizja Allegrego zakładała rzucenie się rywalowi do gardła i wypracowanie bramkowej przewagi – tak się właśnie stało. Gdy po przerwie trener Juve uznał, że teraz lepiej już się tak nie wychylać, a spróbować załatwić sprawę z kontry – proszę bardzo. Bez względu, którą twarz pokazywał w tym meczu Juventus, goście nie zagrażali ich bramce. Wojciech Szczęsny poza wyciągnięciem centrostrzału Kevina Lasagny właściwie nie miał żadnej trudnej interwencji (co powoli staje się regułą. Stara Dama zachowała czyste konto w dziewięciu z trzynastu ostatnich gier ligowych).

Swoją drogą rywali może martwić także to, ile do zespołu wniósł inny bohater zimowych transferów, Denis Zakaria (gol, pięć przechwytów, dwa odbiory, ogólna nieustępliwość. Algorytm SofaScore wybrał Szwajcara nawet piłkarzem meczu), jak i Adrien Rabiot – harujący jak chyba nigdy wcześniej. Nie do przecenienia był występ Alvaro Moraty, który perfekcyjnie wywiązywał się z roli piłkarza wracającego do rozegrania. Juventus w tym sezonie jeszcze nie dał swoim fanom tyle nadziei, co po ostatniej grze. Jeśli w zbliżającym się hicie z Atalantą zagra na podobnym poziomie, ta liga może stać się jeszcze ciekawsza niż ktokolwiek w tej chwili myśli.

Mecz kolejki

Inter – Milan 1:2. Ostatnio hity Serie A miały jedną wspólną cechę – zawodziły na całej linii. Zaczęło się od 0:0 Atalanty z Interem, później 0:0 Lazio z Atalantą, wreszcie taki sam wynik w meczu Milanu z Juventusem. Dlatego mogły być obawy, że Derby della Madonnina mogą wyglądać podobnie. Na szczęście na obawach się skończyło, bo to zdecydowanie był mecz kolejki, a to, że zdarzyło się w nim coś trudnego do zrozumienia jeszcze lepiej wpływa na jego wizerunek. To spotkanie było kolejnym dowodem na prawdziwość teorii, że jeśli Inter ma przegrać Scudetto, to przede wszystkim sam ze sobą. To niesamowite, z jaką regularnością drużyna Simone Inzaghiego nie potrafi zabijać meczów z innymi drużynami z czołówki – tak było z Atalantą w pierwszej serii gier, Juventusem i dwóch starciach z Milanem. W sobotę z jakości gry wszystko wskazywało na spokojne 3:0 już do przerwy, a skończyło się na 1:2 po ostatnim gwizdku. Inzaghi ma tendencję do stopowania własnej drużyny w chwili, gdy jest ona rozpędzona, tyle że ci najwięksi rywale właśnie w zmianie nastawienia Nerazzurich znajdują swoją szansę. Właśnie w ten sposób derby wygrał niemiłosiernie tłamszony (do czasu) Milan. Stefano Pioli o tym, co powiedział swojej drużynie w szatni: – Przeszkody wydają się nie do przeskoczenia tylko tym, którym brakuje wiary.

I dalej: – To prawda, że w pierwszej połowie Inter miał więcej okazji. Ja zabieram z tego meczu odwagę moich graczy, nie bali się podjąć walki z rywalem, który jest może od nich lepszy. Odwrócić losy tak trudnego meczu, być może w naszym nie najlepszym momencie… Z przykrością wspomnę, że nasza jedyna porażka w nowym roku nie nastąpiła tylko z naszej winy. Wola walki drużyny, która nie traciła wiary, to duża satysfakcja. Strata gola w tak ważny meczu, reakcja i wygrana z tak silnym rywalem sprawia, że jestem bardzo dumny.

Simone Inzaghi: – Ta porażka musi nas nauczyć, że gdy prowadzimy grę, ale nie mamy jasnej koncepcji co dokładnie chcemy zrobić, obraz spotkania może szybko się odmienić, a decydujące będą epizody. Porażka boli, ale silne drużyny cechuje to, że dobrze analizują takie spotkania. Jeśli zagrasz dziesięć takich meczów, przegrasz najwyżej raz.

To ostatnie zdanie wydaje się kluczowe. Inter nawet, gdy traci punkty, jest lepszy od rywala. Nie da się grać tak dobrze i w dłuższym czasie nie punktować. No chyba, że samemu będzie się wsadzać kij w szprychy…

Wydarzenie kolejki

Sebastian Giovinco wraca do Włoch. O debiucie Dusana Vlahovicia w Juventusie piszemy wyżej jako o wydarzeniu kolejki poza klasyfikacją, więc tu o czymś innym.Atomowa pchła najwidoczniej znudziła się już egzotycznymi kierunkami (po MLS, grał w Arabii Saudyjskiej) i ma ochotę jeszcze raz spróbować sił w Italii. Jego transfer właśnie finalizuje Sampdoria, która musiała na szybko szukać alternatywy wobec kontuzji Manolo Gabbiadiniego. Giovinco miał kiedyś łatkę ogromnego talentu, ale nie był w stanie podołać na poziomie, na jaki w czasach jego gry w Turynie wskoczył Juventus. Mimo to powrót 35-latka (kiedy to zleciało?!) jest we Włoszech dużym wydarzeniem.

Piłkarz kolejki

Olivier Giroud (AC Milan). Milan nie miał zbyt wiele do powiedzenia w meczu z Interem, więc by zapunktować potrzebna była skuteczność. Giroud strzelił wszystko, co miał, czyli zrobił dokładnie to, czego nie potrafili zrobić jego rywale (swoją drogą wielkie słowa uznania dla Mike’a Maignana, który równie dobrze też mógłby być piłkarzem kolejki). Dwa gole Francuza w takim meczu nie mogły nie skończyć się wyróżnieniem. Oddajmy mu głos. – Nie lubię mówić, że jestem bohaterem. Oczywiście byłem napastnikiem, który strzelił gole, ale też miałem trochę szczęścia. Przy pierwszym znalazłem się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Przy drugim zrobiłem coś, co lubię i Calabria dał mi niezłą piłkę. Wróciliśmy do gry po trudnej pierwszej połowie, nie zamknęli meczu i pokazaliśmy świetnego ducha drużyny, pokonując ich. Jestem dumny z zespołu. Mówiliśmy sobie, że w drugiej połowie musimy dać z siebie wszystko, nie było innego sposobu. To mecz o sześć punktów, wiedzieliśmy o tym i udało się. Jesteśmy teraz w lepszej sytuacji, ale wciąż za Interem. Po raz kolejny pokazaliśmy, że nasz zespół ma wspaniały charakter.

Polak kolejki

Łukasz Skorupski. Kolejny mecz w tym sezonie na zero z tyłu zasługuje na uznanie, choć w starciu z Empoli (0:0) nie miał wiele pracy. Na wyróżnienie zapracował dwoma kluczowymi interwencjami, zwłaszcza tą instynktowną po niesygnalizowanym strzale z bliska Andrei Pinamontiego. Skorupski od dłuższego czasu jest w wysokiej formie, a w Bolonii dorobił się już bardzo wysokiego statusu.

Podobnie jak Bartosz Bereszyński w Sampdorii, który właśnie przedłużył kontrakt ze swoim klubem. Akurat zaraz po bardzo udanym meczu przeciwko Sassuolo (4:0), w którym całkowicie zamknął swoją stronę dla gości. Jego występ „La Gazzetta dello Sport” określiła krótko: był bezbłędny.

Gol kolejki

Simone Verdi (w meczu Salernitana – Spezia 2:2). Dopiero co zachwycaliśmy się tym, jak Cristiano Biraghi w jednym meczu strzelił dwa gole z rzutów wolnych dla Fiorentiny, a Verdi nie tylko skopiował ten wyczyn, ale też potrzebował na to… kwadransa. Oba trafienia były przedniej urody, ale warto zobaczyć zwłaszcza to drugie.

Komentarze