Specjalista od sytuacji beznadziejnych. Davide Nicola blisko uratowania Salernitany

Davide Nicola (L)
Davide Nicola (L) PressFocus

Wiadomo, że tym, co grzeje największą liczbę kibiców Serie A w tym sezonie, jest zacięta walka o scudetto, a za plecami czołowej czwórki także rywalizacja o europejskie puchary. Jednak to, co zaczyna się dziać na dole tabeli, urasta do miana fenomenu. Oglądając i komentując w ostatnich tygodniach mecze rozgrywane przez Salernitanę na Stadio Arechi możemy poczuć się jak na legendarnej La Bombonerze. Żywiołowy doping, kolorowe trybuny, 25 tysięcy kibiców gotowych skoczyć w ogień za zespół, który w ostatnich kolejkach z chłopca do bicia stał się ligowym postrachem. A ten cały fenomen ma twarz trenera, który w przypadku utrzymania w Serie A obiecał, że pójdzie na piechotę z Salerno do Watykanu.

  • Salernitana jest największą rewelacją Serie A na finiszu rozgrywek
  • Odpowiedzialnym za jej wyniki jest charyzmatyczny i oryginalny Davide Nicola
  • Na trzy kolejki przed końcem Salernitana jest o punkt nad strefą spadkową, a w następnej kolejce zagra u siebie z Cagliari, które jest tuż za jej plecami

Salernitana miała spaść z hukiem

Powiedzieć, że początek sezonu nie był dla Salernitany łatwy, to jakby nic nie powiedzieć. Zespół ze Stadio Arechi awansował zajmując drugie miejsce w Serie B i sprawiając ogromną niespodziankę. Mało kto przypuszczał przed tamtym sezonem, że zespół z Kampanii zbliży się do strefy play-off, a oni wywalczyli bezpośredni awans do Serie A. Co więcej – piłkarze z Kampanii dokonali tego mając statystycznie najniższe posiadanie piłki w całej lidze (38%), ale nie wstydzili się tego. Fabrizio Castori, ówczesny szkoleniowiec Koników Morskich, mawiał, że “rywale mogą nawet wziąć piłkę i zabrać ją do domu, a my i tak zgarniemy trzy punkty”, co dobrze opisuje nam styl gry Salernitany w Serie B. Strategia atakowania była prosta – gdy jakimś cudem zespół znajdował się w posiadaniu piłki, jak najszybciej długim podaniem szukał dwumetrowego Milana Djuricia, który albo od razu uderzał na bramkę głową, albo szukał zgrania do kogoś stojącego blisko siebie. Strategia prosta jak drut, bez żadnych niuansów, kombinacja “laga-walka-strzał”. 

Wielu ekspertów było zaskoczonych, że coś takiego zadziałało na poziomie Serie B, ale Fabrizio Castori postanowił pójść krok dalej i grać podobnie w Serie A. Do zespołu dokupiono kolejnego dwumetrowca Simy’ego Nwankwo, który sezon wcześniej zdobył 20 bramek dla Crotone. Mówiąc bardziej obrazowo, do Fiata 126p zamontowano spojler, mając nadzieję, że samochód pojedzie szybciej. Skończyło się na tym, że fiacik nie ruszył nawet z parkingu. Toporny styl gry i strach przed piłką doprowadził do tego, że w drugim meczu sezonu z Romą Salernitana do przerwy wymieniła 26 podań, a mecz zakończyła z 20% posiadania piłki i bez celnego strzału na bramkę. Drużyna złożona z zawodników pozbieranych ze spadkowiczów do Serie C, uznawana za rezerwy Lazio, z których Claudio Lotito ściągał piłkarzy, gdy rzymianie mieli problemy kadrowe, kompletnie nie pasowała do towarzystwa. Fabrizio Castori nerwowo rozkładał ręce, a jego żona podczas wspomnianego meczu z Romą zemdlała na trybunach i trafiła do szpitala. Do klubu ściągnięto w desperacji 38-letniego Francka Ribery’ego, który na tle pozostałych graczy wyglądał jak gość z kompletnie innej bajki, ale nie był w stanie sam rozwiązać wszystkich problemów.  

Problemów nie rozwiązał też następca Castoriego, Stefano Colantuono. Do końca roku Salernitana zgromadziła osiem punktów i zamykała tabelę. A przecież nie to było największym problemem. Do końca grudnia Claudio Lotito musiał sprzedać klub, gdyż nie mógł posiadać dwóch drużyn na poziomie Serie A (początkowo miał to zrobić latem 2021 roku, ale dostał warunkową zgodę na znalezienie kupca do końca roku). Nowy właściciel – Danilo Iervolino – sfinalizował transakcję… dwie minuty przed ostatecznym terminem, w noc sylwestrową. Klub był dosłownie sekundy od karnego wykluczenia z rozgrywek i cała historia mogła się w tamtym momencie zakończyć. W styczniu do klubu dołączył dyrektor techniczny Walter Sabatini, który ściągnął 11 nowych zawodników. Jednak najważniejszy człowiek pojawił się w Salerno miesiąc później. Gdy Salernitana miała na koncie 13 punktów i szanse na utrzymanie były bliskie zeru, nie można już było zatrudnić zwykłego trenera. Trzeba było dzwonić po specjalistę od cudów.

Davide Nicola dokonuje niemożliwego

15 meczów do końca sezonu, osiem punktów straty do bezpiecznego miejsca, zbieranina piłkarzy, którzy albo nie pasują do poziomu Serie A, albo są grubo po trzydziestce i do Salernitany przyszli zarobić jeszcze trochę grosza przed emeryturą. Davide Nicola już nie z takich opresji wychodził obronną ręką. Jego najsłynniejszy cud to utrzymanie w Serie A w sezonie 2016-17 Crotone, które jeszcze po 29. kolejce traciło do bezpiecznej strefy osiem punktów. W ostatnich dziewięciu kolejkach Nicola wygrał sześć meczów (w tym z Interem oraz Lazio) i do 14 punktów dołożył aż 20, w ostatniej kolejce przeskakując o dwa punkty Empoli. Nie potrzebował do tego piłkarskich wirtuozów i drogich transferów (i całe szczęście, bo w Crotone i tak by ich nie dostał). Wystarczyli mu tacy gracze, jak Diego Falcinelli, Marcello Trotta, grający wcześniej w Lechu Poznań Aleksandar Tonew, Gian Marco Ferrari czy Alex Cordaz. W ostatnim meczu z Lazio decydujące o utrzymaniu dwie bramki zdobył Andrea Nalini – zawodnik, który przez połowę kariery występował w Serie D pracując jednocześnie jako spawacz i magazynier, a w Serie A do bramki nie trafił nigdy wcześniej, ani nigdy później. 

Trzy lata później przed spadkiem ratował też Genoę, choć akurat tam miał więcej czasu. Przejmował zespół po 17. kolejkach z dorobkiem 11 punktów, zakończył sezon z 39 punktami, tuż nad strefą spadkową. Zresztą pewnie niewielu kibiców już pamięta, ale w tamtym sezonie Nicola dokonał wyjątkowej rzeczy i utrzymał Genoę dwukrotnie. Gdy świat ogarniała pandemia Covid-19 i istniały poważne podejrzenia, że sezon Serie A zostanie zakończony przedwcześnie, Genoa Nicoli wygrała ostatni mecz przed lockdownem, pokonując na San Siro Milan 2:1 i uciekając ze strefy spadkowej. Piłkarze świętowali wtedy, jak gdyby oficjalnie uratowali się przed relegacją. Ostatecznie Włosi nie poszli drogą Francuzów i sezon został wznowiony, co oznaczało, że Genoa dalej musiała walczyć o utrzymanie, i o dziwo znów zapewniła je sobie dopiero w ostatnim meczu rozgrywek. A to wszystko głównie dzięki bramkom Gorana Pandeva, Domenico Criscito i Antonio Sanabrii, którego dwóch wcześniejszych trenerów Genoi nie chciało wpuszczać na boisko nawet z ławki. 

Kolejny sezon to powtórka z rozrywki. Tym razem do Nicoli zadzwonił Urbano Cairo i poprosił o posprzątanie bałaganu po Marco Giampaolo. Sytuacja podobna – Torino w strefie spadkowej, poprzedni trener zostawił zespół w rozsypce. Czasu znów było dość sporo, bo niemal dokładnie pół sezonu. I znów zadanie zostało wykonane co do joty – Torino zakończyło rozgrywki na 17. miejscu. Nicola dobrze naoliwił regularnie zawodzącego Simone Zazę, znów pomógł mu Sanabria, resztę załatwił Andrea Belotti. Nie były potrzebne drogie wzmocnienia, wystarczyły te narzędzia, które szkoleniowiec dostał przychodząc do klubu. To, co zrobił Nicola w Crotone, Genoi i Torino, dało mu status najlepszego trenerskiego “strażaka” w Serie A. Jedynym minusem takiej renomy jest to, że pochodzący z Piemontu szkoleniowiec już od pięciu lat nie rozpoczął sezonu w jakimkolwiek klubie. Po udanej misji ratowniczej dziękowano mu za współpracę i zatrudniano “budowniczego”, który miał na spokojnie wchodzić w kolejne rozgrywki. Nicola może bez obaw nie włączać telefonu do listopada. Dopiero wtedy pierwsi zrozpaczeni prezydenci klubów nerwowo zaczynają wyszukiwać jego numer.

To, jaką metamorfozę przeszła Salernitana pod wodzą Davide Nicoli, tylko potwierdza, że mamy do czynienia przede wszystkim z fenomenalnym motywatorem i psychologiem. Jego piłkarze potrafią przebiec łącznie kilka kilometrów więcej niż rywale w trakcie meczu, schodzą na ławkę rezerwowych dopiero wtedy, gdy skurcze nie pozwalają im wyprostować nóg, a podeszwa zaczyna odklejać się od piłkarskich korków. Sam szkoleniowiec szaleje przy linii bocznej, krzyczy i nieustannie motywuje piłkarzy. Wymachiwanie butem trzymanym w ręce podczas starcia z Fiorentiną i bieganie po strefie techniczniej w skarpetkach przejdzie już pewnie do historii. Nicola z czasów walki o utrzymanie Crotone był jeszcze nieco bardziej stonowany, zakładał nawet koszulę i krawat. Dziś takie ubranie pewnie nie przetrwałoby 45 minut. 

Nie zmieniło się to, że głównymi postaciami jego zespołu są zawodnicy dotychczas skreślani albo nigdzie indziej niepotrzebni. Luigi Sepe jeszcze kilka miesięcy temu był w “Klubie Kokosa” w Parmie, gdzie nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze na ten sezon. Federico Fazio nie grał w piłkę przez ponad dziewięć miesięcy, zanim trafił na Arechi. W powrót do formy Simone Verdiego w Torino nie wierzył już nikt, a on najpierw przywitał się dubletem z rzutów wolnych przeciwko Spezii, a ostatnio jego gole z Udinese i Venezią dawały wygrane. Niemal każdy piłkarz w Salerno dostał pod jego wodzą drugie życie, a sama Salernitana pierwszy raz wydostała się ze strefy spadkowej i jest na dobrej drodze, by dokonać cudu i utrzymać się w Serie A. Bo jesteśmy pewni, że ci, którzy oglądali ten zespół w pierwszych kolejkach obecnego sezonu i pamiętają drużynę, która nie potrafiła wymienić trzech podań na połowie rywala, wtedy nazwaliby taki scenariusz cudem. Jeśli ten cud rzeczywiście się ziści, mielibyśmy tylko jedno marzenie – być akurat wtedy na Stadio Arechi i patrzeć, jak świętują jedni z najbardziej fanatycznych kibiców w Serie A.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, Eleven Sports

Komentarze

Comments 3 comments