Benevento wraca do Serie B. Dlaczego ta historia się powtarza?

Kamil Glik
Kamil Glik PressFocus

Stało się to, na co zanosiło się od dobrych kilku miesięcy. Benevento po raz drugi w swojej historii spadło do Serie B. Choć jeszcze na początku stycznia przewaga nad strefą spadkową była dość bezpieczna, a Czarownice znajdowały się w połowie tabeli, w całej rundzie rewanżowej piłkarze Pippo Inzaghiego ugrali łącznie 10 punktów. W ostatniej kolejce sezonu zagrają z Torino nie o utrzymanie, a co najwyżej o honor. W jaki sposób teoretycznie najsilniejszy z beniaminków rozczarował tak bardzo, że niektórych jego meczów wręcz nie dało się oglądać?

Pod koniec lipca zeszłego roku Benevento wygrało w cuglach Serie B. 18 punktów przewagi nad drugim w tabeli Crotone, awans przypieczętowany aż siedem kolejek przed końcem sezonu (pobity rekord Ascoli sprzed 42 lat), a później ambitne plany transferowe. Prezydent Oreste Vigorito zapowiadał, że wnioski z sezonu 2017/18, gdy zespół z Kampanii występował w Serie A po raz pierwszy i zajął ostatnie miejsce, zostały wyciągnięte. Pieniądze na wzmocnienia były, bo pan Vigorito zarządza jedną z największych firm energetycznych w kraju i może sobie pozwolić na płacenie wysokich pensji. Awans wywalczył zespół, w którym już występowali doświadczeni zawodnicy, jak Perparim Hetemaj, Marco Sau czy 38-letni Christian Maggio. Na Serie A to nie mogło wystarczyć. 

Rozpoczęła się więc karuzela nazwisk. Do Włoch wrócił Kamil Glik, któremu w Benevento zaoferowano roczne zarobki w wysokości 2,5 mln euro (najwyższy kontrakt w zespole). Po wzmocnieniu defensywy szukano piłkarzy ofensywnych. O ile w przypadku Glika doświadczenie szło w parze z liczbą minut spędzanych na boiskach w ostatnich latach, to wybór kolejnych nazwisk był co najmniej zastanawiający. Próbowano ściągnąć Daniela Sturridge’a, który został wyrzucony z Trabzonsporu za naruszenie zakazu obstawiania u bukmacherów. Poważnie interesowano się Gervinho, za którego Parma żądała 10 mln euro, a sam zawodnik oczekiwał 3-letniej umowy (dodajmy – 33-letni zawodnik, który w tym sezonie zdobył 5 bramek). Również 33-letni Loic Remy był już nawet dogadany z ekipą Czarownic, ale… nie przeszedł testów medycznych. O Andre Schuerrle także sporo we Włoszech plotkowano, ale zamiast rozmawiać z Benevento mistrz świata z 2014 roku wolał zakończyć karierę.

Po kogo zatem udało się sięgnąć? Przyszli Gianluca Lapadula, Artur Ionita, Daam Foulon, Bryan Dabo, do tego dodano wypożyczenia Gianluki Caprarego i Iago Falque, a w trakcie sezonu Adolfo Gaicha, który w CSKA Moskwa okazał się niewypałem. Tak wyglądało wielkie zbrojenie Benevento. Ale ktoś powie, że Spezia praktycznie wcale się nie zbroiła, a utrzymała się bez poważniejszych problemów. Tu można zauważyć podstawową różnicę. Zespół z Ligurii, który awansował do Serie A przez baraże, prezentował ładny dla oka futbol, nie bronił się głęboko w polu karnym, podejmował wyzwanie i nawet z najmocniejszymi rywalami starał się po prostu grać w piłkę. Pomysłu na grę piłkarzom Vincenzo Italiano nie można było odmówić. 

Benevento często wychodziło na boisko z klapkami na oczach. Albo parło jak szalone do przodu z rywalami pokroju Lazio czy Interu, strzelając 2-3 gole, ale tracąc 5 bramek, albo cały mecz nie wychodziło z własnej połowy, licząc na bezbramkowy remis. Nie było planu B, C czy D – jeśli plan A nie działał, można było wywieszać białą flagę. Do legendy przejdzie już spotkanie z Romą zremisowane 0:0, w którym piłkarze Pippo Inzaghiego grając w dziesiątkę od 57. minuty nie wychodzili z własnego pola karnego, wybijali piłkę w trybuny, co chwila sygnalizowali urazy, opóźniali grę, a gdy arbiter zakończył mecz, świętowali remis płacząc ze szczęścia i rzucając się sobie w ramiona. 

Tamten remis był podsumowaniem tego, co Benevento prezentowało w rundzie rewanżowej. Zdobycie 22 punktów w pierwszych 19 kolejkach okazało się wynikiem “na wyrost”. Wiosną jedyne zwycięstwo udało się paradoksalnie odnieść z Juventusem, a wystarczył do tego jeden celny strzał na bramkę. Zespół, który miał najskuteczniejszy atak i najszczelniejszą defensywę w Serie B jest obecnie najgorszym atakiem Serie A (razem z Crotone) i trzecią najgorszą obroną. Wychodzi więc na to, że nie było dużej różnicy między tą ekipą, a Benevento, które trzy lata temu spadało w debiutanckim sezonie z Serie A. 

Wtedy jesień była katastrofalna (4 punkty po 19 kolejkach), ale wiosną widać już było rękę Roberto De Zerbiego. Obecny szkoleniowiec Sassuolo sprawił, że mecze czarownic stały się momentami bardzo ciekawe, a punktów na koniec było już 21. Wówczas zimowe wzmocnienia okazały się trafione, bo Cheick Diabate, Guilherme, Sandro czy Bacary Sagna stali się od razu czołowymi graczami zespołu. Tutaj skończyło się na ściągnięciu wspomnianego Adolfo Gaicha oraz wypożyczeniu Fabio Depaolego, który wcześniej kompletnie nie poradził sobie w Atalancie. Zespół nie dostał żadnego impulsu, nie dał go też Pippo Inzaghi, który po tym niepowodzeniu być może znów będzie musiał zanurkować do niższych lig i tam po raz kolejny odbudowywać swoją reputację. Po nieudanym sezonie w Milanie, fatalnym czasie w Bolonii i niepowodzeniu w Benevento nikt w Serie A prędko go nie zatrudni.

Wychodzi więc na to, że Benevento byłoby w stanie utrzymać się tylko wtedy, gdybyśmy jesienią oglądali zespół Inzaghiego, a wiosną ten z czasów Roberto De Zerbiego. Wtedy Czarownice miałyby 39 punktów i spałyby spokojnie. Jednak zupełnie na poważnie – coraz bardziej zastanawiające jest to, że zespół, który demoluje rywali w Serie B ma tak ogromne problemy w Serie A. Trzy lata temu tak samo wyglądała historia Empoli – najpierw awans z dużą przewagą, a potem spadek. O ile Empoli grało o utrzymanie niemal do ostatnich minut sezonu, to Benevento przez większość rozgrywek wyglądało jak ekipa, która nie pasuje do reszty towarzystwa. Jeżeli piłkarze z Kampanii wrócą kiedyś do Serie A po raz trzeci, mają na czym się uczyć, bo błędów popełnili zdecydowanie za dużo.

Piotr Dumanowski i Dominik Guziak – Eleven Sports

Komentarze