Nigdy nie skreślaj starych mistrzów. Nawet, gdy mowa o Mourinho

Jose Mourinho
Jose Mourinho PressFocus

Zdanie zawarte w tytule od czasu do czasu powtarza Mateusz Święcicki z Eleven Sports. Ostatnio idealnie pasuje do Realu Madryt, który w ciągu jednego tygodnia dwa razy był na łopatkach tylko po to, by to rywale obeszli się smakiem. Ale gdzieś w cieniu tej największej europejskiej piłki jego prawdziwość udowadnia Jose Mourinho.

  • Od czasu porażki z Juventusem (3:4), którą trudno zrozumieć patrząc na przebieg tamtego meczu, Roma pozostaje niepokonana w lidze. To najdłuższa trwająca passa w Serie A
  • Mimo że wcześniej niemal wszyscy zdążyli już skreślić Jose Mourinho i uznać, że Roma popełniła błąd sięgając po Portugalczyka, ten sprawił, że jego zespół wygląda na jeden z najmocniejszych we Włoszech. Jednocześnie dysponując najsłabszą ławką rezerwowych w czołówce
  • Znakiem rozpoznawczym Giallorossich są gole strzelane w końcówkach. W Neapolu ekipa Mourinho uratowała remis (1:1) trafiając ponownie w doliczonym czasie gry

Jak bohater u Woody’ego Allena

Gdyby Woody Allen postanowił kiedyś nakręcić sequel swojego filmu “Zakochani w Rzymie” i znalazł w nim miejsce dla postaci Jose Mourinho, najlepszym odtwórcą tej roli byłby właśnie sam Woody Allen. Jego bohaterowie to zazwyczaj stetryczali, narzekający, pełni manii prześladowczych, ale i na swój sposób uroczy srebrnowłosi panowie w zaawansowanym wieku. Tacy, którzy jak mało kto potrafią irytować swoim jestestwem, ale w gruncie rzeczy przyzwyczajamy się do nich do tego stopnia, że trudno nam sobie wyobrazić film bez tych ról.

W prawdziwym świecie Jose Mourinho swoją odgrywa znakomicie. Trudno powiedzieć, czy jego początki w Rzymie to była zaplanowana akcja, próba kupienia publiczności na nowo uśmiechem i pizzą jedzoną w losowych miejscach, czy faktycznie efekt złapania głębszego oddechu włoskiego powietrza (chyba każdy, kto był w Italii, potwierdzi, że ma ono tam szczególne walory), ale właśnie teraz obserwujemy najszczerszą wersję The Special One. Faceta, który nie kryguje się z krytykowaniem sędziów, któremu niedaleko do twierdzenia, że to wszystko jest spisek (po remisie z Napoli właśnie wypalił, że jego drużynie odebrano prawo do wygrywania meczów), albo który na pewno nie jest przyjacielem dziennikarzy. Jednocześnie znów jest trenerem na fali wznoszącej, który swój zespół jest gotów zasłaniać własnym ciałem. Do tej pory w Romie mieliśmy do czynienia tylko z jedną z tych dwóch wersji Mourinho. Teraz występują one jednocześnie.

Porządki po swojemu

To już trzecia twarz Jose Mourinho, jaką poznaliśmy w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Na początku sezonu Roma była piękną, ofensywną drużyną, która nie tylko rozpoczęła sezon od trzech kolejnych zwycięstw, ale wygrywała miażdżąc rywali (jedynie Sassuolo wbiła tylko dwa gole, choć tamten mecz powinien się skończyć wynikiem 7:5 i to byłoby bliższe wydarzeniom z boiska). Później było źle. Porażki z Weroną, Lazio, Juventusem, Milanem i upokorzenie w starciu z Bodo/Glimt (1:6) sprawiły, że Mourinho zaczął walczyć z wszystkimi. Piłkarzy spoza podstawowej jedenastki podzielił na dwie grupy – młodzież, którą starał się tłumaczyć właśnie wiekiem, oraz pozostałych, których wprost wysyłał do diabła.

Za to dostało mu się od wielu dziennikarzy, którzy między wierszami przemycali teorię, że zatrudnienie Mou było błędem. Zwłaszcza, że po przegranej z Venezią (2:3) ten wypalił: – Nasz cel to czwarte miejsce, ale nie dysponujemy składem zasługującym na nie. Nie sądzę, że ten skład jest lepszy niż w zeszłym roku. Straciliśmy doświadczonych graczy. Bruno Peres byłby dziś przydatny, Juan Jesus także – mówił. Nie do końca było jasne, jak to interpretować i czy Mourinho przywołując akurat tych piłkarzy nie ukrył między wierszami prawdziwego przesłania. Peres (dziś Trabzonspor!) i Jesus to dwójka, której po rozstaniu nie żałował choćby jeden kibic Romy, ale mówienie o nich mogło być przesłaniem dla tych, którzy ich zastąpili. Negatywną weryfikacją. – W Interze, jeśli Darmian ma trudności, wchodzi Dumfries, w Milanie, jeśli Kjaer ma trudności, zastępuje go Romagnoli. My mieliśmy Tripiego (Filippo, niedoświadczony 19-latek – przyp. red.) i Reynoldsa na skrzydłach, Primaverę i jednego chłopaka, który grał dwa lub trzy mecze w Serie A (tu mogło chodzić o naszego Nicolę Zalewskiego – przyp. red.) – ciągnął wątek kadrowy. To była dość jasna sugestia, by nie oczekiwać od niego cudów.

To Mourinho mówi, kiedy kończy się mecz

W restauracji, do której w czasie przerwy lunchowej zdarza nam się redakcyjnie wyskoczyć na obiad, ktoś na ścianie zawiesił tabliczkę: Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba chwile poczekać. Druga część tego zdania kojarzy się z tym, co aktualnie robi Mourinho. Narzekał na kadrę, więc zbudował sobie młodych Zalewskiego i Afenę-Gyana, którzy – zwłaszcza Polak – coraz mniej stanowią uzupełnienie składu, a jego integralną część. Doskonale przygotował zespół pod kątem fizycznym, bo seryjnie zdobywane gole w końcówkach meczów nie mogą być przypadkiem. Rewanżowy mecz z Bodo/Glimt (4:0) był takim pokazem siły, jaki z rzadka prezentują najlepsi.

Co do goli w końcówkach, Niemcy mają takie powiedzenie: einmal ist keinmal – zrobienie czegoś niecodziennego jeden raz, to żadna reguła, a przypadek. Roma w tym sezonie strzeliła 15 goli w ostatnich 15 minutach meczów. Cztery z tych zdobytych już po 90. minucie bezpośrednio przełożyło się na punkty. Z Sassuolo Stephan El Sharaawy trafił w 94. minucie, ze Spezią Tammy Abraham w 99., Lorenzo Pellegrini ustrzelił Udinese w 93., a remis w poniedziałkowym meczu z Napoli zapewnił kolejny gol El Sharaawy’ego w doliczonym czasie gry (swoją drogą ten piłkarz ma na koncie trzy bramki w Serie A w obecnych rozgrywkach, wszystkie strzelone last minute – na rozkładzie ma także Milan w przegranym 1:2 spotkaniu). To Mourinho decyduje, kiedy kończy się mecz.

Punkty podobne, ale perspektywa inna

Na tym samym etapie poprzedniego sezonu Roma miała na koncie 55 punktów. Aktualnie ma 58. Wtedy skończyła z 62 oczkami, teraz pewnie będzie to trochę więcej. Różnice nie są jednak na tyle widoczne, by uważać Mourinho za cudotwórcę, zwłaszcza że prawdopodobnie nie uda mu się awansować do Ligi Mistrzów (pięć punktów straty do czwartego Juventusu oraz gorszy bilans bezpośrednich spotkań nie wróży najlepiej w tej fazie rozgrywek). Ale jest jedna różnica, która rzuca się w oczy – zespół Paulo Fonseki wyraźnie pikował. Trudno było liczyć, że jego przyszłość jest w czołówce. Roma Mourinho rośnie. Jeśli zapewni mu się odpowiednio jakościową ławkę rezerwowych (a do tego w formie wróci Leonardo Spinazzola), Giallorossi przestaną wyglądać w towarzystwie Interu, Milanu, Napoli i Juventusu na pariasa.

Nie pozwalają mi wygrać meczu

Wynik meczu z Napoli El Sharaawy ustalił w 91. minucie, ale nie można powiedzieć, że ten gol zamknął spotkanie. W pozostałych minutach doliczonego czasu gry Roma dążyła do zwycięstwa znacznie mocniej niż Napoli – co w przypadku tych drugich mogło dziwić, remis bardzo mocno ograniczał ich szanse na Scudetto. Nie udało się, a Mourinho dość łatwo znalazł winnego. Oczywiście było w tym trochę teatru, bo poproszony przez telewizję DAZN o zwykły pomeczowy komentarz, spytał dziennikarza: – Co sądzisz o sędziowaniu? Ale nie tylko dziś, ale ogólnie, o tym, co z sędziami wydarzyło się w tym sezonie?

Później ciągnął wątek sam. – Są drużyny, które grają, by wygrać Scudetto. My nie. Ale mamy prawo grać, by wygrywać mecze. Dziś wydawało mi się, że nie. Że nie mieliśmy prawa wygrać tego meczu. Gdzieś czytałem, że o końcowym kształcie tabeli zdecydują błędy sędziów. W pewnym momencie dzisiejszej gry wstydziłem się. W pierwszej połowie Zanoli nie zobaczył żółtej kartki, którą zobaczyłby na każdym boisku świata. W drugiej obejrzał żółtą, gdy każdy wie, że powinien czerwoną. Na Zaniolo nie odgwizdano karnego. Ale jest więcej, dużo więcej… To czas, by powiedzieć dość. Trochę szacunku. Ciężko pracujemy, więc chcę mieć prawo do wygrywania. Nie byliśmy wystarczająco dobrzy w niektórych momentach sezonu i nie jesteśmy w grze o Scudetto, ale chcę mieć prawo do wygrania meczu. W niektórych momentach to prawo zostało mi odebrane.

“La Gazzetta dello Sport” w swoim wtorkowym wydaniu wyliczyła, że był to już jedenasty mecz zakończony narzekaniem Mourinho na sędziów. Czyli robił to średnio w co trzecim spotkaniu. Biorąc pod uwagę, że przez pierwszych kilka tygodni pracy w Rzymie gryzł się w język jak mógł, ukrywając to oblicze, które wszyscy znali, stało się to wręcz normą. Z tą różnicą, że obecnie Roma ma i wyniki, i wizję nie najgorszej przyszłości z Portugalczykiem na ławce.

Pamiętajcie – nigdy nie skreślajcie starych mistrzów. Nawet jeśli Mourinho już od lat wydawał się przez świat skreślony.

Mecz kolejki

Napoli – Roma 1:1. To nie był wielki mecz, pewnie nie zmieściłby się nawet w 20 najlepszych meczach obecnego sezonu. Ale zgadzało się w nim na tyle dużo rzeczy, że spełnił kryterium spotkania kolejki. Na trybunach wreszcie komplet i atmosfera gorąca jak lato w Kampanii, a na boisku odwracanie ról w meczu. Bezradna od początku Roma z biegiem spotkania coraz bardziej dominowała i spychała Napoli – które z kolei bardzo dobrze weszło w mecz – coraz bliżej bramki. Wreszcie padł nie tylko gol w doliczonym czasie gry, ale nawet pachniało kolejnym.

Wielkim minusem była postawa sędziego Marco di Bello. Od jakiegoś czasu “La Gazzetta dello Sport” wystawia noty nie tylko piłkarzom i trenerom, ale także arbitrom. Di Bello stał się negatywnym bohaterem kolejki z kompromitującą notą 4,5, na którą w pełni zasłużył. Jego błąd z brakiem podyktowania rzutu karnego dla gospodarzy uratował jeszcze VAR, ale jak wytłumaczyć brak czerwonej kartki dla Alessandro Zanoliego za atak wyprostowaną nogą w piszczel Nicolo Zaniolo? Swoją drogą przy pierwszej z tych sytuacji zastanawiające jest jedno. Już pierwsza powtórka jasno pokazała, że Roger Ibanez faulował we własnym polu karnym, a cała procedura z odesłaniem Di Bello do monitora trwała około trzech minut. Tylko po to, by sędzia spędził tam kolejnych kilkadziesiąt sekund przed podjęciem jedynej słusznej decyzji. Pośpiech nigdy nie jest dobrym doradcą, ale skoro i tak to sędzia główny ogłasza ostateczny werdykt, czemu ma służyć tak długie wstrzymywanie go przed obejrzeniem powtórki, skoro sytuacja absolutnie jest czarno-biała?

O Mourinho i jego wściekłości na sędziów pisaliśmy już wyżej, więc tutaj tylko komentarz Luciano Spallettiego, który prezentuje mało popularną w środowisku postawę. – Od początku roku powtarzam swojej ławce, by dobrze się zachowywała. Nikt nie wstaje, bo czemu mają służyć te wieczne protesty? My tego nie robimy. To nie jest sprawa odnosząca się tylko do Romy, kontekst jest szerszy. Musimy pozwolić sędziom działać. Di Bello ostatecznie podjął dobrą decyzję o naszym rzucie karnym, wszystko było w porządku dla mnie.

Wydarzenie kolejki

Trzecia kolejna porażka Atalanty. Całkowicie popsuła się w tym sezonie Atalanta, która do tej pory przyzwyczaiła, że wiosną jest maszyną niemal bez wad. Teraz pokonać może ją dosłownie każdy i wszędzie – przegrywając z Hellasem (1:2) zanotowała trzecią z rzędu porażkę, a jej szanse na awans do któregokolwiek z europejskich pucharów są coraz mniejsze. Zwłaszcza, że wszyscy wyprzedzający ją rywale punktują bardzo regularnie. Zespół Gasperiniego wydaje się nieco rozładowany emocjonalnie po tym, jak zobaczył, jak wszystkie sezonowe cele bledną. Więcej o pikowaniu klubu, który jeszcze niedawno był uznawany za jeden z najpiękniejszych w Europie, pisali u nas niedawno Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, więc odsyłamy do lektury.

Piłkarz kolejki

Gerard Deulofeu (Udinese). Gol i asysta w meczu z Empoli (4:1), do tego doskonałe inne liczby (skuteczność podań 87 proc., dwa skuteczne dryblingi przy trzech próbach) i po prostu – wielki wpływ na grę Udinese. Inna sprawa, że Hiszpan wyraźnie złapał wiatr w żagle. Z siedmiu ostatnich meczów, w pięciu wpisywał się na listę strzelców.

Polak kolejki

Łukasz Skorupski. Kolejny raz wyróżnienie trafia do naszego reprezentacyjnego rezerwowego. Wprawdzie Juventus zagrał bardzo słaby mecz i nie stwarzał zbyt wiele zagrożenia pod bramką Skorupskiego, ale ten i tak zanotował kilka ważnych interwencji. Tę najbardziej efektowną, gdy powstrzymał Mattię de Sciglio. Miał też wkład w grze na zero do 95. minuty dzięki skutecznym blokadom Adriena Rabiota oraz Matthijsa de Ligta. Skorupski wyrósł na jedną z największych gwiazd Bolonii, o czym też świadczą liczby. Jeszcze niedawno liczyliśmy mu kolejne mecze z przynajmniej jedną straconą bramką. W meczu z Juve zabrakło mu trzech minut, by wyjść bez szwanku w 12 (!) spotkaniu w sezonie.

Na przeciwległym biegunie znalazł się Piotr Zieliński, który w sezon wszedł słabo, później ponownie stał się na jakiś czas jednym z najważniejszych piłkarzy Napoli, by zanotować bardzo przykry flop. Nie będzie cienia przesady w tym, jeśli napiszemy, że od jego wejścia w meczu z Romą zaczęły się problemy Azzurich w środku pola. “La Gazzetta” uznała Polaka najsłabszym piłkarzem swojej drużyny. Zauważając, że zjazd Zielińskiego trwa już od dwóch miesięcy.

Gol kolejki

Dusan Vlahović (w meczu Juventus – Bologna 1:1). Skoro doceniamy gole przewrotką, czemu mielibyśmy nie docenić asysty zanotowanej w ten właśnie sposób? Serbski supersnajper, nota bene zaliczający bardzo słaby występ w starciu z Bologną, był tu tylko egzekutorem, tylko dołożył głowę do piłki szybującej w okolicy linii bramkowej gości, ale wyróżniamy to trafienie ze względu na kapitalne zagranie Alvaro Moraty. Juventus miał wtedy już ułatwione zadanie, bo wcześniej boisko z czerwonymi kartkami opuściło dwóch piłkarzy gości, ale złożyć się w ten sposób do strzału – Morata raczej nie szukał tym zagraniem Vlahovicia, a sam chciał umieścić piłkę w siatce – to duży wyczyn.

Komentarze