Tego wszystkiego mogło nie być, gdyby nie 0:5

Zlatan Ibrahimovic
Zlatan Ibrahimovic PressFocus

Prawdopodobnie też tak macie, że czasem zastanawiacie się, jak wszystko ułożyłoby się, gdyby jedno, z pozoru mało istotne wydarzenie, nie wywróciło wszystkiego do góry nogami. Kibice Milanu musieli nienawidzić dnia, w którym ich klub przegrał 0:5 z Atalantą, ale gdyby mogli się cofnąć o te dwa lata z okładem, zrobiliby wszystko, by niczego nie zmieniać.

  • Milan jeszcze nie jest mistrzem Włoch, ale jest tak blisko realizacji tego marzenia, że trudno wyobrazić sobie zepsucie finiszu sezonu
  • To dobry moment, by przypomnieć, jak ważną rolę w wywindowaniu pogrążonego w kryzysie klubu miał ten, który ostatnio grywa coraz mniej, ale zasłużył na miano postaci pomnikowej – Zlatan Ibrahimović
  • Artykuł jest opracowaniem źródłowego tekstu pochodzącego z “La Gazzetta dello Sport”

Byle nie dać powodu, by zapomnieli

Milanowi pozostały dwa mecze, w których cztery punkty będą miały wagę odzyskanego Scudetto. Całkiem możliwe, że swoje minuty w starciach z Atalantą i Sassuolo dostanie Zlatan Ibrahimović, dla którego odzyskanie tytułu dla Rossonerich stało się ostatnią misją w karierze. Do Milanu wracał jako piłkarz, ale jego rola znacznie wykraczała poza te ramy, co widać zwłaszcza teraz. Gra coraz rzadziej, strzela coraz mniej, a i tak każdy wie, że gdyby nie jego powrót, dotarcie na szczyt byłoby znacznie trudniejsze (niemożliwe?). – Jeśli nie wygrałeś Ligi Mistrzów albo Scudetto, zapomną o tobie. Zostało nam już tylko kilka meczów, aby o nas pamiętali. Jeśli wygramy mistrzostwo, dla mnie będzie ono najlepsze w karierze – mówił niedawno.

“Nie możesz skończyć w USA”

5:0 od którego zaczyna się ten tekst, to w gruncie rzeczy normalny wynik, który się zdarza. Gigantom rzadziej niż reszcie, ale i oni go nie unikają. Real kiedyś przegrał w tym stosunku z Barceloną, Barcelona w Lidze Mistrzów przyjęła nawet osiem bramek w jednym spotkaniu. Bayern – autor tamtejszego pogromu – jakiś czas później tracił gola za golem z Borussią Moenchengladbach, aż na tablicy pojawiło się właśnie 5:0. Tak naprawdę nie było niczym nadzwyczajnym przegrać 0:5 z Atalantą, która nabierała takiej prędkości, że zatrzymała się dopiero za kolejnych kilkanaście miesięcy w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

To był jednak czas, w którym Zlatan dogorywał w MLS. Mentalnie – zaznaczmy – bo fizycznie wciąż wyglądał jak dawny Zlatan. 30 bramek w sezonie było jak pstryknięcie palcami. Do legendy przeszła jego rozmowa z Mino Raiolą, którą panowie przeprowadzili, gdy w głowie Ibrahimovicia zaświtała myśl o zakończeniu kariery. – Przestań. Ktoś taki jak ty nie może skończyć z futbolem grając w USA. Wracaj do prawdziwego futbolu i pokaż, że nadal jesteś Ibrą. Choćby na sześć miesięcy. A później możesz odejść – superagent wiedział, że właśnie podpalił lont. Jego klient podchwycił tę gadkę. – Ja już nie potrzebuję kontraktu. Potrzebuję adrenaliny. Znajdź mi wyzwanie, które da mi adrenalinę.

Padło na Napoli, ale akurat Aurelio de Laurentiis pogonił z klubu Carlo Ancelottiego i sprawa się wysypała. Wtedy jednak Milan Stefano Piolego przegrał 0:5 w Bergamo, a Zlatan rzucił do Raioli: – Mino, zabierz mnie do Mediolanu. Muszę coś dla nich odzyskać.

Tylko dwóch podniosło ręce

Tę historię opisujemy właśnie teraz, bo jesteśmy u progu realizacji misji, która wydawała się z góry skazana na porażkę. I jak długą drogę przeszedł przez ostatnie dwa i pół roku Milan. W weekend Rossoneri pokonali Hellas Weronę 3:1, mimo że nic się w tym meczu dobrze nie układało. Zabrany po VAR-ze gol Tonalego, a później trafienie Davide Faraoniego sprawiły, że w drugiej części Mediolanu zaczęto konsumować kolację, której głównym składnikiem była nadzieja. Skończyło się jak jesienią z tym samym rywalem – odrobieniem strat z nawiązką. Milan nauczył się przepychania meczów kolanem (choć akurat w Weronie był po prostu dużo lepszy) dziwnym trafem mniej więcej od momentu, w którym Zlatan ponownie zaczął zakładać jego koszulkę. Przykładów jest na pęczki.

Na początku 2020 roku Ibrahimović wszedł do szatni. Jednym z jego pierwszych zdań było: niech każdy, kto kiedykolwiek grał w Lidze Mistrzów, podniesie rękę. Zrobiło to dwóch piłkarzy – Tatarusanu i Calhanoglu. Jego poprzedni Milan był ulepiony z zupełnie innej gliny. Nesta, Thiago Silva, Gattuso, Pirlo, Seedorf, Inzaghi – gdzie nie spojrzeć, tam wielki mistrz. Dlatego wiedział, że jeśli ma odzyskać dla Rossonerich Scudetto, musi uciec się do rozwiązań niestandardowych. W wywiadach piłkarze Milanu opowiadali, że widząc, jak Ibrahimović podchodzi do treningów, nie mogli być gorsi. Bali się jego spojrzenia, które mogło odzierać z godności. “La Gazzetta dello Sport” przytacza scenkę, gdy niezadowolony Szwed zaczął rugać któregoś z kolegów za zbyt małe zaangażowanie. – Dlaczego nie biegasz? Wiesz, kiedy będę biegać za ciebie? Gdy coś wygrasz. Ale wciąż nie wygrałeś niczego.

Zadziałało błyskawicznie, ale przedostatni test przyszedł w 38. kolejce sezonu 2020/21. Los chciał, że rywalem była wtedy Atalanta. Remis mógł zepchnąć Milan poza top 4, w Bergamo liczyło się tylko zwycięstwo. Ibra nie mógł grać, ale wszedł do szatni. – Pamiętacie, jak zapytałem was, kto grał już w Lidze Mistrzów? Tym meczem możecie to zmienić.

Milan wygrał 2:0. Euforia jednak dopadła tylko tych, którzy grali. – Nigdy nie będę świętował drugiego miejsca – miał powiedzieć Zlatan. On wrócił po mistrzostwo, a zamiast tego musiał oglądać świętujących piłkarzy Interu.

Wiedział, co się stanie z dzieciakami

3 października 2021 roku Ibrahimović świętować 40. urodziny. Jego żona Helena zorganizowała przyjęcie-niespodziankę w jednym z mediolańskich hoteli. Tego wieczoru Milan grał – a jakże – w Bergamo. Ibra śledził spotkanie z Adriano Gallianim, a po zwycięstwie 3:2 dołączyli piłkarze i Stefano Pioli. Gole strzelali Davide Calabria, Sandro Tonali i Rafael Leao, a więc trójka młodych ludzi, którym Szwed pomógł się rozwinąć (ten ostatni nawet wygrał w jego oczach bezpośrednią rywalizację z Krzysztofem Piątkiem – dziś trudno się dziwić). Tonali i Leao stali się jednymi z najważniejszych piłkarzy w składzie, a niesamowitym występem w Weronie zapewnili Milanowi pole position przed dwoma ostatnimi meczami.

Ibra w swojej książce opowiada, jak “dorastali”: “W pierwszym sezonie Tonali był uwięziony we śnie. Rozglądał się i powtarzał: to jest drużyna, o której marzyłem jako dziecko… W tym roku wyszedł ze snu i wkroczył w prawdziwe życie. I udowadnia, że na Milan zasłużył. Leao w końcu postanowił sobie pomóc. Od pierwszego dnia przygotowań wszedł z odpowiednim umysłem i mentalnością. Ciężko trenował, a jego wyczyny pokazały, z jakim efektem. Facet mija rywali z bezwstydną łatwością. Sprawia wrażenie, jakby zawsze grał przeciwko Primaverze”. Te słowa Zlatan napisał kilka miesięcy temu. Jeśli ktoś uważa, że przesadza, niech obejrzy skrót meczu w Weronie.

Mecz kolejki

Inter – Empoli 4:2. Zanim Milan zaczął podpuszczać Inter, przegrywając przez moment 0:1 w Weronie, Inter zrobił to samo i to nawet ze zdwojoną siłą. Trudno nazwać to, co działo się w pierwszych dwóch kwadransach na San Siro inaczej niż szokiem. Dwa gole Empoli, do tego nieuznane trzecie trafienie Szymona Żurkowskiego, a gdy Inter złapie kontakt – sędzia Manganiello wycofał się ze swojej decyzji o podyktowaniu karnego dla gospodarzy. Wydawało się, że po przerwie mistrzów Włoch czeka bardzo trudne zadanie, ale tuż przed zakończeniem pierwszej połowy samobój Romagnolego i trafienie Lautaro Martineza wyrównało stan meczu. Miażdząca przewaga Interu po zmianie stron dopełniła formalności.

Simone Inzaghi: – Zespół oddał rekordową liczbę strzałów, bo 37, drużyna zagrała dobry mecz, odpowiednio zareagowała na zły początek. W pierwszych 25 minutach zostaliśmy złapani przez to, że zbytnio skupialiśmy się na fotelu lidera, rozmawialiśmy o tym – jeśli nie masz odpowiedniego dystansu, Empoli sprawi ci kłopoty i tak też się stało. Świetnie zareagowaliśmy, mogliśmy zdobyć więcej bramek. Gratulacje dla zespołu, który pokazuje swoją siłę od 8 lipca.

Wydarzenie kolejki

Końcówka meczu Salernitana – Cagliari (1:1). Sam mecz w Salerno nie zasługuje, by być spotkaniem kolejki – obie drużyny pokazały w nim mnóstwo własnych niedoskonałości. Ale końcówka… co tam się działo! Istotny jest kontekst mówiący, ile ważyły punkty w tym starciu. Zwycięstwo Salernitany ograniczało szanse Cagliari na pozostanie w lidze do granic błędu statystycznego, remis czynił sprawę wciąż nierozstrzygniętą. Gospodarze długo prowadzili, gdy przyszła 90. minuta. Zaczęło się od starcia w polu karnym, które mogło skończyć się rzutem karnym dla gości, ale gwizdek sędziego milczał, a VAR nie zainterweniował. Trzy minuty później arbiter przy kolejnej tego typu okazji wskazał na jedenasty metr, po czym obejrzał powtórkę i się wycofał, bo dostrzegł faul na bramkarzu gospodarzy. Cagliari jednak dopięło swego i w 98. minucie – już z akcji – doprowadziło do remisu. Jeśli Sardyńczycy uratują ostatecznie Serie A, ten mecz przejdzie do legendy.

Piłkarz kolejki

Rafael Leao (AC Milan). Często wyróżniamy piłkarzy za hat tricki lub doppietty, ale tym razem ukłon składamy przed piłkarzem, który gola nie strzelił, ale bez którego prawdopodobnie Milan nie obroniłby dwupunktowego zapasu nad Interem. Wielki występ Portugalczyka w meczu z Hellasem (3:1) uwieńczony dwiema cudownymi asystami do Sandro Tonalego (swoją drogą piłkarza numer dwa w tej kolejce). W obu przypadkach Leao pokazał, jak wielką przewagę może stworzyć zawodnik, który nie boi się pokonywać z piłką boiskowych metrów w pojedynkę.

Polak kolejki

Brak. Pierwszy raz w historii naszego cyklu nie przyznaliśmy tego wyróżnienia. W 36. serii gier nie było żadnego Polaka, który na nie zasłużył. Nie było nawet kandydatów, by zostać Polakiem kolejki “na zachętę”. Wydaje się, że pierwszym wyborem byłby Łukasz Skorupski, jednak utrata czterech goli z Venezią zbyt mocno nie idzie w parze z nagrodami. Abstrahując od tego, bramkarz Bolonii obronił rzut karny (przy dobitce był bez szans), nie miał nic do powiedzenia w pozostałych bramkowych sytuacjach, a co najmniej dwukrotnie zatrzymał rywali przed strzeleniem kolejnych goli. Poza tym przeciętność lub wręcz słabość.

Gol kolejki

Jerdy Schouten (w meczu Venezia – Bologna 4:3). Holender nie miał miejsca na oddanie strzału, ale od czego jest drybling. Krótko poprowadzona piłka przy nodze umożliwiła mu uderzenie, a że trafił niemal w okienko, tym uroda tego gola większa.

Komentarze

Na temat “Tego wszystkiego mogło nie być, gdyby nie 0:5