REKLAMA
REKLAMA

Mrużąc oczy: 37. kolejka Serie A

dodał: Tomasz Lubczyński  |  źródło: SerieA.pl  |  24.05.2017 12:35
Dlaczego mrużąc oczy? Bo jestem ślepy i często mrużę, gdy coś oglądam. A zazwyczaj widzę życie, które jest zbyt poważne, podobnie sprawy mają się z futbolem. Na szczęście piłka na Półwyspie Apenińskim często sprawia, że nie pozostaje nam nic innego, jak uśmiechnąć się i z politowaniem pokręcić głową. Jako wnikliwy, niestrudzony, masochistyczny i nieskromny obserwator calcio, chciałbym Was zabrać w zakręconą podróż po stadionach Serie A i w krzywym zwierciadle podsumować wydarzenia z tej kolejki. Nie zapinajcie pasów i nie regulujcie monitorów – to i tak nie pomoże.

TRZĘSIENIE ZIEMI
Od tego rozpoczęło się spotkanie w Weronie, a później było już tylko mocniej - parafrazując klasyka. Roma dała się zaskoczyć, a później długo goniła. Nie potrafiła na spokojnie, nie potrafiła bez emocji zamknąć meczu po kwadransie. Ostatecznie strzeliła aż pięć goli i gdyby tylko nieco zamienić ich kolejność, to Luciano Spalletti nie musiałby sobie rwać resztek tego, co kiedyś mógł nazywać włosami, z głowy. A tak, co się nawściekał to jego. Tyczy się to zresztą również kibiców giallorossich, dla których widmo eliminacji do Ligi Mistrzów to widmo straszne. Z najgorszych, wciąż żywych koszmarów z początku sezonu.

Sam wynik jednak to najlepszy pokaz dwóch najważniejszych przymiotów Romy - świetnego ataku i nieco mniej dobrej obrony. To właśnie defensywa zawodziła w najważniejszych momentach i chyba nikt nie zaprzeczy, że tak było. W ofensywie rzadko się bowiem zdarzało, by rzymianie nie ustrzelili rywala choćby raz.

Już zadbał o to Edin Dzeko, który wrócił po kontuzji, strzelił gola i ze spokojem mógł czekać na wyczyny goniących go przeciwników w walce o tytuł króla strzelców.

Innym powracającym był baletmistrz Kevin Strootman. Zawieszenie skończyło się już po dwóch kluczowych spotkaniach, a pomocnik wrócił świeży i popisał się bardzo ładną asystą, zobaczcie tylko sami:


Fakt, iż giallorossi zwycieżyli oznacza najprawdopodobniej, że mogą być już pewni wicemistrzostwa. Za tydzień czeka na nich Genoa i może byłbym sceptykiem, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze rossoblu u siebie nie są już niezniszczalną maszyną, a po drugie zwycięstwem odniesionym nad Torino zapewnili już sobie utrzymanie w Serie A. Po co więc mieliby za wszelką cenę spinać się i pokonywać Romę? To znaczy, oczywiście, że mogą. Ale nie muszą. Już nic (choć o tym więcej później).
PS Obejrzeć byłą drużynę postanowił w weekend Gervinho. Problem w tym, że wyraźnie pomieszały się mu koszulki... No cóż, zawsze szybciej biegał, niż myślał.



URODZINY I REKORD
83 punkty w sezonie – Napoli nigdy nie zdobyło aż tyle w swojej historii występów w Serie A. Podopieczni Maurizio Sarriego osiągnęli więc coś wielkiego i aż wierzyć się nie chce, że nie wystarczy to nie tylko na Scudetto, ale nawet na drugie miejsce. Ogólnie jest to przykład dominacji Juventusu – gdyby nie Stara Dama, to ostatnie kilka sezonów mogłoby być naprawdę ciekawych. Umówmy się, Roma i Napoli to drużyny do siebie zbliżone i jest tak już od dłuższego czasu.

Gdyby nikt im nie przeszkadzał (a raczej ich nie przewyższał), to ich walka o prym w Italii byłaby naprawdę imponująca. W tym momencie zastanawiać się należy natomiast, czy ewentualne poskładanie z dwóch pretendentów do tronu wystarczyłoby, by obalić hegemona? Jeśli mam być szczery, to jestem w kropce.

Nikt nie był ani w kropce, ani też nie miał wątpliwości, że Napoli zamierza wygrać z Fiorentiną w drugim sobotnim meczu 37. Kolejki. Azzurri okd pierwszych minut pokazywali, że są drużyną o klasę od gości lepszą i na dobrą sprawę wygrana 4:1 to wcale nie najwyższy możliwy wymiar kary. Może i nie najniższy, ale na pewno mogłoby być gorzej. Wystarczyłoby, by nieco bardziej skuteczny w pierwszej połowie był Dries Mertens. Szczerze mówiąc byłem przekonany, że dwoma pudłami do przerwy zmarnował szansę na walkę o koronę z Dzeko, jednak później okazało się, że po prostu go moim zwątpieniem zmotywowałem - strzelił dwa gole i do Edina traci zaledwie jedno trafienie. Czyli w ostatniej kolejce korespondencyjny pojedynek obu drużyn będzie miał podwójne dno.

Problem jednak jest taki, że to Roma rozdaje karty i gra ze słabszą z genueńskich drużyn. To Napoli czeka bowiem starcie z nieobliczalną Sampdorią z Schickiem na czele. Podejrzewam więc, że status quo zostanie zachowany, choć najpewniej obie drużyny swoje mecze wygrają. Z dwojga złego jednak wolę widzieć Napoli w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Mam niejasne wrażenie, że to oni prędzej sobie poradzą i nie odpadną w słabym stylu. Choć nie możemy zapominać, że to trzecie miejsce w ostatnich latach najczęściej było przekleństwem Italii. Czas to zmienić.

W sobotę do gry wystawiono dwa najlepsze ataki ligi i nic dziwnego, że średnia goli po ich spotkaniach wynosiła 6,5 bramki/mecz. Podobnie jak nie może dziwić, że Napoli ma na swoim koncie już dokładnie 90 goli, co nie zdarzyło się od 57 lat! W sezonie 1959/1960 Juventus finiszował z 92 trafieniami na koncie – ten wynik jest jak najbardziej do pobicia przez podopiecznych Maurizio Sarriego. Do 125 bramek Torino w latach 40. wciąż jednak daleko.

Co zaś się tyczy Fiorentiny – chyba nikt się tak naprawdę nie łudził, że uda się Violi wywalczyć szóste miejsce? W tej bajce żaba jest żabą, a książe... księcia po prostu nie ma w tym zamku. Szukajcie dalej.

PS Bardzo dobry mecz w swoje urodziny rozegrał Piotr Zieliński. I bardzo dobrze!

KSIĄŻE I ŻEBRAK
Księciem w tym wypadku, a właściwie królem jest Juventus. Stara Dama bez najmniejszych kłopotów rozbiła żebraka, w tej roli Crotone, i sięgnęła po szóste, historyczne Scudetto. Czyli zaskoczenia nie ma. Dwa "finały" odfajkowane, czas na trzeci, najważniejszy zdaje się. Jeśli iść za tym, że ligę zdobywa się obroną - patrząc po statystykach Juve, nie sposób się nie zgodzić - to również Champions League powinno zdobywać się grą z tyłu.

Problem w tym, przynajmniej potencjalnie, że naprzeciw bianconerich stanie w Cardiff godny przeciwnik. Nie tylko świeżo mianowany Mistrz Hiszpanii, ale również drużyna, która strzelała gola w każdym meczu w tym sezonie. Powstrzymanie Realu i wygrana Ligi Mistrzów z czystym kontem w finale byłaby doskonałą klamrą i pokazem siły defensywy.  

Ale broń boże nie pochwałą gry obronnej, bo Stara Dama potrafi bardzo mocno ukąsić, szczególnie że doskonale bianconeri wstrzelili się z formą na końcówce sezonu. Nie do zatrzymania zdaje się być obecnie Dani Alves, a i Paulo Dybala pokazuje wszystko to, co spowodowało, że Juve sięgnęło po niego przed sezonem. Gol z rzutu wolnego na 2:0 to był prawdziwy majstersztyk i nikt nie wmówi mi czegoś innego.



Nim przejdziemy do kolejnych spotkań, pochylmy się nad małymi rycerzykami z Crotone. Szkoda cholernie Rekinów, którzy mieli swoje szanse, starali się, walczyli jak zawsze w ostatnim czasie, ale na niewiele się to zdało. Jest jednak wciąż nadzieja – o ile Palermo w ostatniej kolejce będzie chciało się jeszcze grać, a Lazio wciąż będzie w fatalnej formie, to może beniaminek jednak przeskoczy Empoli? Szanse są marne (szczególnie, że Lazio nie jest jeszcze pewne czwartego miejsca w tabeli), ale wojownicy z Ezio Scida raczej się nie poddadzą bez walki. To nie w ich stylu. Nawet jeśli spadną, to sprawią, że zostaną zapamiętani.  

PS Skoro już mowa wcześniej była o urodzinach – to swoje obchodził w niedzielę Mario Mandzukic i uczcił to golem. Toporny Chorwat podbił moje serce w tym sezonie, bez dwóch zdań.

PPS A tak wyglądał fragment wielkiej radości w Turynie po końcowym gwizdku:



BOLEŚCI MILANU
Na początek statystyka – w poniedziałek mija 54 lata od pierwszego Pucharu Europy zdobytego przez Milan. Na przestrzeni półwiecza rossoneri dołożyli jeszcze sześć kolejnych... a niedzielę świętowali awans do Ligi Europy. Powrót do rozgrywek międzynarodowych po trzech latach przerwy. To wiele mówi o tym, gdzie mediolański klub znajdował się od dłuższego czasu. Tak, jest tam bardzo ciemno. Radość po ostatnim gwizdku z Bologną jest więc uzasadniona. To po prostu znak czasów:


Tym bardziej, że w pierwszej połowie wydawało się, że będziemy świadkami typowego Milanu, próbującego dosłownie wszystkiego, byleby tylko z bolończykami nie wygrać. Przodował w tym przede wszystkim Gianluca Lapadula, który miał sytuacje stuprocentowe i psuł je w tylko sobie znany sposób. Oczywiście schodzenie na przerwę bez gola dla rossonerich to nic nowego – wszystkie ostatnie sześć meczów ekipy Montelli tak wyglądało - bez trafienia w pierwszej połowie, a w drugiej na dwoje babka wróżyła - wpadło, albo i nie. Tym razem jednak się udało i nikt w Mediolanie nie chce już brzydko potraktować Lapagola za poniższe pudło. Szczególnie, że później i tak do siatki Mirante trafił:


Problemy strzeleckie gospodarzy mogły jednak dziwić. Chociażby ze względu na fakt, że po raz pierwszy Montella postawił na grę dwójką Lapadula-Bacca w ataku. Pierwszy z nich strzelił gola, jak już wspomniałem, drugiego po zmianie stron zastąpił Keisuke Honda, który ładnym wolnym pożegnał się z San Siro w sposób najlepszy z możliwych. Może i nie zawsze mu się tutaj wiodło, ale chyba nigdy nie zdarzyło się, by siedzenie na ławce powodowało i Japończyka złość czy inne zadzieranie nosa. To miłe.

Trafienie Keisuke, jak i dwa pozostałe sprawiły, że na kolejkę przed końcem sezonu do mety dopadł pierwszy kulawy, który niniejszym wygrywa tegoroczny wyścig po ostatnie pucharowe miejsce w Italii. Nie wiem sam, czy gratulować, czy współczuć lipcowych eliminacji. Co zaś się tyczy samego sezonu rossonerich, to nie jest chyba aż tak źle. Zważywszy, że Juve wygrało ligę i krajowy puchar, to właśnie Diavoli są jedyną  poza bianconerimi ekipą z trofeum we Włoszech w 2016/2017. Do tego powrót do Europy – kto wie, czy za parę lat nie będziemy spoglądać na ten wynik i nazwiemy go punktem zwrotnym?
PS To Gustavo Gomez czy Ronaldinho?

ATALANTA ROBI EMOCJE
Nie sposób napisać inaczej, bo ekipa Gian Piero hgasperiniego pokonując skromnie Empoli nie tylko wydłużyła nam walkę o utrzymanie, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę porażkę Lazio, otworzyła sobie drogę do ukoronowania świetnego sezonu zajęciem czwartego miejsca. Wszak do biancocelestich La Dea traci w tym momencie tylko punkt i wszystko jest możliwe zważywszy, że Orły grają w ostatniej kolejce ze zdeterminowanym Crotone.

Rekiny walczą bowiem o siedemnaste miejsce w lidze właśnie z Empoli, które ma nad nimi, podobnie jak w wyżej wymienionej parze, punkt przewagi. Sprawa jest więc otwarta i rozwojowa, a ekipa z Carlo Castellani już w 37 kolejce znajdowała się przez kilkadziesiąt sekund w Serie B. Od momentu gola na 1:0 Papu Gomeza, do wyjścia na prowadzenie Juve za sprawą Mandzukicia. Nie mogą się więc Azzurri czuć bezpieczni choćby przez chwilę i tutaj dochodzimy do głównego problemu Crotone, a okoliczności sprzyjającej Empoli.  

Otóż drużyna Martusciellego będzie się mierzyła za tydzień ze zdegradowanym już Palermo. Drużyną, która nie ma już interesu w wygrywaniu meczów, która szykuje się już do powrotu do drugiej ligi po dobrych kilku latach przerwy. Stąd też trudno wyobrazić sobie sytuację, w której rosanero spinają się na rywala i robią wszystko, by go pokonać. Choć w sumie - pożyjemy, zobaczymy. Dochodzi bowiem jeszcze kwestia jednostkowa – dobre występy na finiszu ligi mogą zapewnić transfer i pozostanie w Serie A.
  
Inna sprawa, że Empoli w ostatnichg tygodniach, podobnie jak Crotone, gra przyzwoicie i również z Atalantą miało szansę na przynajmniej remis. Być może właśnie na 1:1 by na Carlo Castellani w niedzielę stanęło, gdyby nie Masiello. To własnie obrońca gości postanowił, że w poniższej sytuacji zastąpi bramkarza i nie pozwoli piłce wpaść do siatki. DWUKROTNIE. Jestem, byłem i będę pod wrażeniem. Także wobec strzelca, El Kaddouriego. Bramka jest dość duża, a on dwa razy trafił w to samo niemal miejsce...


PS Łukasz Skorupski nie zagrał złego meczu, ale nie zachował (oczywiście) czystego konta. I wyjątkowo chyba sam sobie winien – w moim odczuciu mógł się lepiej przy strzale Gomeza zachować.

KOSZULKI ZOSTAŁY
Tytuł odnosi się do sytuacji sprzed kilku sezonów, gdy kibice Genoi rozwścieczeni wynikami drużyny kazali piłkarzom oddawać koszulki. Zawodnicy mieli być niegodni noszenia barw i herbu klubu. Tym razem jednak udało się pokonać Torino, co z automatu daje ekipie Juricia utrzymanie w Serie A. Po perturbacjach, w fatalnym stylu, ale jednak. Choć aż trudno uwierzyć, że mówimy o ekipie, która pokonała przed własną publicznością Juventus i Milan. To robi wrażenie, jednak późniejsza fatalna dyspozycja daje do myślenia jeszcze bardziej.

Cieszyć utrzymanie Grifonich musi choćby z powodu derbów portowego miasta. Ponownie poczujemy tę atmosferę również w przyszłym sezonie. W najbliższej kolejce będą mieć natomiast obie drużyny, o czym już wspominałem, okazję do zadecydowania o wicemistrzostwie Włoch. Rossoblu mierzą się z drugą Romą, Napoli zagra z blucerchiatimi.

Czyli drużyną, którą prowadził nie tak znowu dawno Sinisa Mihajlovic. Tym bardziej porażka dla obecnego szkoleniowca Torino w Genui z Grifonimi musiała boleć. Szczególnie, że jego drużyna nie pokazała nic wielkiego w niedzielę i na wyjazd z Marassi bez punktów po prostu zasłużyła. Na boisku chciało się bowiem tylko jednej drużynie i nie byli to turyńczycy.

Z drużyną najpewniej żegna się najbardziej niespodziewany transfer letniego okienka transferowego. Joe Hart nie okazał się zbawcą Byków i potwierdził to również w Genui. Szczególnie bramka Giovanniego Simeone musi zostać zapisana bezpośrednio na konto golkipera, który zderzył się z Morettim, co pozwoliło synowi Diego z Atletico wbić piłkę z kilkunastu centymetrów do siatki. Najłatwiejszy gol w karierze, bezsprzecznie.

Odnośnie Torino jako całości, choć wciąż utrzymując się w rejonach własnej bramki, muszę się powtórzyć. Z Belottim oskrzydlanym w ataku przez Ljajicia i Falque oraz obiecującym, młodym środkiem pomocy, Byki mają drużynę na pierwszą szóstkę. Problemem jest jednak wyrwa w defensywie - odejścia Kamila Glika i Nikoli Maksimovicia nie da się zamaskować, szczególnie jeśli się specjalnie nie stara. Do poprawki i za rok można pomyśleć o wyższych celach niż pierwsza dziesiątka.
Ciekawe tylko, czy wciąż z Mihajoviciem na pokładzie?

MURIEL-SHOW
Wbrew pozorom napastnik Sampdorii nie strzelił siedmiu goli i nie skończył wszystkiego cieszynką w postaci potrójnego salta. Poczciwy, grubawy Luis po prostu wyleciał z boiska. Od początku jednak. A zaczęło się to dobrych kilka lat temu, gdy Kolumbijczyk trafił do Udinese, z którym to Sampdoria w niedzielę grało. Jako że bianconeri są przechowalnią i pośrednio wychowalnią talentów, to dość szybko chłopak Friuli opuścił i przeniósł się do Genui. No i w niedzielę wrócił. Nie był to bynajmniej miły powrót - gwizdów, buczenia i tym podobnych przyjemnostek nie brakowało. A w dodatku po pierwszej połowie Sampdoria przegrywała 0:1.

Nic to jednak, po zmianie stron nadeszła kluczowa chwila – faul w polu karnym Scuffeta i rzut karny. Do piłki podchodzi "bożyszcze" widowni – Muriel (dodaję dla co mniej domyślnych) - i spokojnie pokonuje bramkarza. W sekundę później ma miejsce eksplozja radości, wymierzona we wszystkich "fanów" piłkarza zgromadzonych tego popołudnia na Dacia Arena. Wybucha wrzawa, do napastnika gości doskakują wściekli gracze Udinese, Danilo tłumaczyć próbuje Kolumbijczykowi jego błąd trzymając go czule za szyję. Oburącz.

Wynik? Czerwona kartka dla obu panów. I o ile, cholera, Danilo zasłużył jak stąd dotąd, to nie do końca rozumiem, dlaczego rykoszetem oberwał także Muriel. Oczywiście zachowanie było jakie było, ale nikomu krzywdy nie zrobił. Jedyną winą zawodnika Sampdorii było ewentualne niesportowe zachowanie i próba (nieważne, czy świadoma) sprowokowania rywala. Nawet jeśli, to wciąż ukarałbym to maksymalnie żółtym kartonikiem.

Choć na swój sposób sędziego rozumiem – gdyby Luisa nie wyrzucił, to chyba zostałby zlinczowany. Choć zrozumienie nie jest tu w żadnej mierze tożsame z poparciem.


Co zaś się tyczy samego meczu na Dacia Arena – remis, status quo w okolicach dziesiąte miejsca zachowany i niewiele więcej należałoby napisać. Wszystko po staremu w obu ekipach – Duvan Zapata to czołg, Patrik Schick to kot. Nic się nie zmienia. Choć może Rodrigo De Paul nieco zaskoczył - ta interwencja wysłała go nieco szybciej na urlop.
Tak, Udinese kończyło w dziewięciu.

GRADOBICIE
Inaczej meczu na MAPEI Stadium nazwać nie można. Osiem goli i wysoka wygrana gospodarzy 6:2. Ten wynik jawi się w moich oczach jako swoiste wyładowanie wszystkich negatywnych emocji, jakie nagromadziły się w Sassuolo w tym sezonie. To nie były łatwe rozgrywki – debiut w Europie rozpoczął się bardzo dobrze, by ostatecznie zakończyć się klapą. Walkę na kilku frontach skutecznie torpedowały liczne kontuzje. Były takie momenty, gdy Eusebio Di Francesco miał zdrowych ledwie dwóch piłkarzy środka pola i musiał eksperymentować z ustawieniem. Często żal było mi ekipy neroverdich i myślę, że nie byłem w tym uczuciu odosobniony.

Teraz ciekawy jestem natomiast jedynie, jak będzie wyglądało mercato i przyszły sezon drużyny. Czy są właściwie jeszcze w stanie powtórzyć wyczyn sprzed roku? Czy jeszcze sa w stanie powalczyć o powrót do szerokiej czołówki? Mam pewno wątpliwości i nie zdziwiłbym się wcale, gdyby w lecie doszło do kolejnej rozsprzedaży, a neroverdi popadną w szarość i przeciętność na dłużej. Ale nie spadną i nie zbankrutują - to nie pasuje do tak dobrze zarządzanej drużyny.

Zobaczymy również, jak będzie wyglądać drugi sezon po powrocie do Serie A Cagliari. W pierwszym byli bezsprzecznie najlepszym beniaminkiem, co jednak nie jest jakimś ogromnym wyczynem patrząc na Crotone i Pescarę. Tym, co najbardziej odróżniało ich od pozostałej dwójki "kotów", była gra w ataku. Sardyńczycy byli z przodu groźni niemal dla każdego, problem jednak w tym, że pod ich bramką niebezpieczeństwo mógł stworzyć nie "niemal", ale dosłownie każdy. Niemniej postawa z przodu boiska sprawiła, że nie musieli bać się o utrzymanie ani przez chwilę, a Marco Borriello mógł się cieszyć z najlepszego sezonu w karierze.

Nieco lepiej mijające już rozgrywki mógł sobie wymarzyć natomiast polski akcent w drużynie z wyspy. Bartosz Salamon nie był ani przez chwilę pierwszym wyborem trenera i często, gdy już dostawał szansę - zawodził. Kilkukrotnie, gdy akurat rossoblu obskakiwali srogie bęcki, można było twierdzić, że dobrze się stało, że nasz rodak siedzi na ławce. Ale umówmy się - to szukanie pozytywów na siłę tam, gdzie ich niewiele. W kontekście ekipy Rastellego również ciekawa jest przyszłość byłej "nadziei" Milanu.  

Jeśli zostanie, to czy będzie grał, a jeśli będzie grał, to czy klub w końcu zacznie tracić mniej bramek? Na pewno przydałby nowy bramkarz, bo Rafael raz za razem potwierdza, że na miano opoki nie zasługuje w żadnym razie. Dość napisać, że w niedzielę to on sprezentował połowę goli gospodarzom.  

Storari wróć?


PÓŹNO, CORAZ PÓŹNIEJ
Jak sam Antonio Candreva zauważył po meczu z byłą drużyną - Inter trochę późno obudził się do dobrej gry. Teraz już wyżej siódmego miejsca nie podskoczą, ale za to mogą, idąc wciąż za skrzydłowym biancocelestich, zakończyć sezon pozytywnymi wynikami. Zawsze coś?

Coś, a dokładniej patent na Lazio mają na pewno nerazzurri. Wszak podobnie jak w grudniu, tak i teraz spokojnie ich pokonali, choć początki nie bywały zbyt miłe. Nic więc dziwnego, że kibice mediolańczyków zaczęli przy wyniku 0:1 opuszczać Stadio Olimpico. Wszystko zmierzało bowiem ku typowemu scenariuszowi ostatnich tygodni. Czyli ku porażce - jeśli muszę być aż tak precyzyjny.

Niemniej zauważam pewną zależność - pamiętacie, o czym wspominałem od niedawna, gdy Inter non stop przegrywał? O klątwie Atalanty, a jakże. Od 7:1 z La Dea piłkarze z Mediolanu byli w kompletnym dołku, podczas gdy klub z Bergamo znalazł się na fali wznoszącej. Zakończenie fatalnej serii w 37 kolejce stworzyło jednocześnie szansę dla piłkarzy Gasperiniego na przeskoczenie Lazio w tabeli. Ot, przysługa na przebłaganie zagniewanej greckiej Bogini - Atalanty.

Lazio, które zostało źle potraktowane przez sędziego w wieczornym meczu. Czego Balde Keita nie robiłby w polu karnym Interu w drugiej połowie meczu, to na sto procent nie było to nurkowanie. Arbiter uznał jednak inaczej i wyrzucił go niesłusznie z boiska. Później czerwień utrzymał również Senad Lulic, którego, zdaniem niektórych, również można było oszczędzić. Tak się jednak nie stało i tifosi rzymskiej ekipy mają pretensje – co najmniej połowicznie słuszne.

Pretensje, złość, może nienawiść czuli przez wiele, wiele lat wobec rywala zza miedzy, Francesco Tottiego. Nie ma co ukrywać, bożyszcze Romy to wróg numer jeden po drugiej stronie barykady. Mimo to kibice zdobyli się na piękny gest i pożegnali go transparentem – wrogowie na całe życie żegnają Francesco Tottiego. Legendą się nie rodzisz, legendą się stajesz. Nawet dla, powtarzając się, wrogów.




Na Stadio Olimpico nie pojawił się Gabigol. To znaczy, Brazylijczyk był na meczu i siedział na ławce. Nawet się nieco rozgrzewał, ale na boisko wpuszczony nie został, co sprawiło, że już nie wytrzymał i wyszedł do szatni. W pewien sposób go rozumiem, frustracja jednak w niczym mu nie pomoże, a przynajmniej nie jej jawne ukazywanie. Na szczęście już przeprosił na Facebooku i być może cały problem rozejdzie się po kościach. Albo chłopak odejdzie z Mediolanu, gdzieś, gdzie pozwolą mu pokazać swój talent. Na Giuseppe Meazza takiej okazji nie dostał.

PS Tak Lazio jakimś cudem w tym meczu straciło tylko trzy bramki...



KLASYK NA ZAKOŃCZENIE
Poniedziałek przyniósł creme de la creme włoskiego futbolu, prawdziwy klasyk i hit zarazem. 20 Pescara podejmowała 19 Palermo w meczu o to, kto jest najgorszym z najgorszych. Zaszczytny tytuł przypadł w udziale Palermo, którego postawa wyraźnie wskazuje, że... Empoli się utrzyma. Rosanero nie chce się już bowiem walczyć. Nie grają już o nic, są już zdegradowani do Serie B i brakuje w nich ducha czegokolwiek. Pisałem o chęci wypromowania się, ale ci, którzy mieli się wybić, już to zrobili, a reszcie po prostu brakuje umiejętności.

Nie żeby lepiej było po drugiej stronie, bo Pescara to zlepek indywidualności, w którym za grosz zespołu. To, że udało im się pokonać Palermo nie świadczy właściwie o niczym. Dużo ważniejsze dla Delfinów musi być to, że dla Zdenka Zemana nie jest to krótki przystanek. Doświadczony szkoleniowiec nie zamierza opuszczać tonącego okrętu i już planuje przyszłe rozgrywki w Serie B. Czy wróci do najwyższej klasy rozgrywkowej w stylu, w jakim ma to w zwyczaju? Pożyjemy, zobaczymy. Kluczowe będzie letnie mercato i Czech sam o tym wspomina w wywiadach.

A Palermo? Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że prędzej niż później zbankrutują. Choć chciałbym się mylić i chciałbym w niedługim czasie obejrzeć kolejne derby Sycylii. Tak, trzymam kciuki również za pogrążoną w tarapatach Catanię.
_____________________________________________________
Jak zawsze - dzięki za czytanie, do usłyszenia!

Więcej moich przemyśleń możecie znaleźć na mojej stronie na Facebooku (tutaj również daję znać o jakichkolwiek opóźnieniach) i na Twitterze. Wbrew pozorom praca zawodowa na „Mrużąc oczy…” się nie kończy!

PS Wypociny niepiłkarskie do zobaczenia tutaj. Również zapraszam :)

OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 7 komentarzy

timo.m | 23.05.2017 07:55

Tomek - fajne dzięki.Ale ja mam do ciebie troszkę inne pytanie. A mianowicie chodzi mi o Juventus, Jak myślisz co będzie wtedy jak on wygra LM. Chodzi mi tutaj bardziej o Andre Agnelliego ( nie wiem czy to się odmienia ?) . Jest to młody człowiek i w pewnym okresie swojej kariery dopnie  swego , no i ciekawe co w tedy z klubem ? czy spocznie na laurach ? . Pewny ery w klubie się pokończą (chodzi mi o piłkarzy) . Jak  myślisz ??.  

Kokodzambo | 23.05.2017 13:40

O co chodzi z tym Gervinho :P?
A Napoli i Romy faktycznie szkoda. Osiągają zawrotne wyniki punktowe a i tak zostaje im jedynie walka o 2. miejsce bo Juventus psuje całą zabawę. To trochę jakby gimnazjaliści mieli grać przeciwko dzieciakom z podstawówki.
Muriel to cholerny troll. Bardzo niesportowe zachowanie z jego strony, ale czy na czerwoną kartkę... no to jest strasznie dziwna decyzja. Wydaje mi sie że nawet żółta nie byłaby tu do końca zasadna. Każdy ma prawo sie cieszyć ze strzelonej bramki.
Też mi jest żal Sassuolo o czym pisałem wielokrotnie. Świetny poprzedni sezon a w tym rozdaniu plaga kontuzji która przekreśliła cały rok. Wielka szkoda bo gdyby nie to to pewnie dziś byliby rozjemcą w kulawym wyścigu o 6. miejsce.
Piękny gest kibiców Lazio. Ale co robili ich zawodnicy na boisku. Zwłaszcza na tym gifie? O matko.

"Nie sposób napisać inaczej, bo ekipa Gian Piero hgasperiniego " - a tu literówka

@Yamato jak coś to "Agnellego" bo "i" w nazwiskach zakończynych na -li się pomija.

Meryl72 | 23.05.2017 17:19

Sędziowanie dramatyczne (ten Di Bello to w ogóle niezły czereśniak), ale pół biedy, że mecz praktycznie o nic.

TLubczynski | 23.05.2017 19:36

@timo.m Juve już transferami pokazuje, że  myśli do przodu i gdy nadejdzie zmiana pokoleniowa, będą gotowi ;)

@Kokodzambo Gervinho? Sam nie wiem, kto to, ale zdjęcie mi wpadło w ręce ;)

@Meryl72 Di Bello nie pierwszy raz w tym sezonie nie radzi sobie pod presją, fakt.

Kempes | 23.05.2017 23:47


Juventus szacun. Właśnie stali się najlepsza drużyna włoska w historii calcio. Brak Mediolanu nie umniejsza tego. Roma i Napoli wykręcaną niezłe liczniki. Rywale są. Tylko grają w innej lidze.

Acid | 24.05.2017 08:54

[Chodzi o prawa. Nie możemy zamieścić każdego zdjęcia, jakie się nam podoba.Moderator]

Acid | 25.05.2017 09:32

A to nie wiedziałem, sorki:)  fakt faktem że niektórym piłkarzom "zrobili krzywdę" ;)



seriea.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy