REKLAMA
REKLAMA

Mrużąc oczy: 27. kolejka Serie A

dodał: Tomasz Lubczyński  |  źródło: SerieA.pl  |  06.03.2017 21:00
Dlaczego mrużąc oczy? Bo jestem ślepy i często mrużę, gdy coś oglądam. A zazwyczaj widzę życie, które jest zbyt poważne, podobnie sprawy mają się z futbolem. Na szczęście piłka na Półwyspie Apenińskim często sprawia, że nie pozostaje nam nic innego, jak uśmiechnąć się i z politowaniem pokręcić głową. Jako wnikliwy, niestrudzony, masochistyczny i nieskromny obserwator calcio, chciałbym Was zabrać w zakręconą podróż po stadionach Serie A i w krzywym zwierciadle podsumować wydarzenia z tej kolejki. Nie zapinajcie pasów i nie regulujcie monitorów – to i tak nie pomoże.

MERTENS OLAŁ ROMĘ
Rzadko zdarza się, by hit kolejki jednocześnie ją rozpoczynał. W dodatku o tak nietypowej porze, jaką bezsprzecznie jest sobota o 15:00. W ciemno, bez sprawdzania przyczyny można stwierdzić, że chodziło o kwestie bezpieczeństwa czy coś tam. Niemniej nie byłem przygotowany, że nim na dobre wejdę w weekend, będę miał już przyjemność obcowania z calcio. Tyle dobrego, że wystartowaliśmy od takiego starcia, hipsterskiego Empoli – Genoa mógłbym najzwyczajniej w świecie nie zdzierżyć.

Do rzeczy jednak. Jeśli czegoś kompletnie nie spodziewałem się po tym spotkaniu, to na pewno było to czyste konto Napoli. Losy tegoż ważyły się do ostatniej (dosłownie) minuty, ale nie zawiodłem się na Azzurrich, dla których każdy mecz bez straconej bramki to mecz, no cóż… stracony. Nie najlepiej wróży to przed rewanżem z Realem, z którym strata bramki będzie właściwie równoważna z końcem jakichkolwiek szans na powodzenie w dwumeczu.

Ponownie dryfuję jednak od tematu meczu na Stadio Olimpico, a jest jeszcze jedna rzecz, która mogła mnie zaskoczyć w Rzymie. I było to właśnie zwycięstwo Napoli. Liczyłem na wyrównany, piękny pojedynek, ale spodziewałem się, że to miejscowi wygrają, względnie będziemy świadkami remisu. Jeszcze Napoli jednak nie zginęło, póki Mertens strzela, można by rzec. Piłkarze Maurizio Sarriego zwyciężyli, zdobyli trzy punkty i walka o wicemistrzostwo właściwie zaczyna się od nowa. Teraz tylko czas na zakończenie tygodnia prawdy neapolitańczyków z (wice)liderem Primera Division. Nadzieja umiera ostatnia!



W sobotę zakończyły się natomiast marzenia Romy o Scudetto. Juventus wprawdzie tylko zremisował z Udinese, ale i tak zwiększył przewagę nad wiceliderem do ośmiu punktów. Do końca sezonu 11 kolejek, 33 punkty do rozdania – jakoś nie widzę udanej pogoni giallorossich. W związku z tym zresztą zastanawia mnie nastrój Aurelio De Laurentiisa po meczu. Niby zwycięstwo, niby trzy punkty, niby wciąż w grze o wicemistrzostwo. Ale jednocześnie pokonując Romę, drużyna producenta filmowego niejako wręcza trofeum za wygraną w Serie A w ręce Juventusu. Tak znienawidzonego (na nowo) po pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Włoch sprzed kilku dni. Choć na pewno ADL czuł przede wszystkim radość z wyniku, to nie wierzę, że przy okazji zwycięstwo nie miało choćby delikatnie gorzkiego posmaku.

Tak swoją drogą, nim przejdę do gorzkiego posmaku u jednego z polskich piłkarzy Napoli, nie sposób nie wspomnieć niedawnych słów Zbigniewa Bońka, który mówił w wywiadzie dla włoskich mediów, że choć to Juventus wygrywa ligę, to Roma z Napoli grają najpiękniejszą piłkę. I choć zgadzam się z prezesem, to jednocześnie pragnę zauważyć – za walory artystyczne można otrzymać wyróżnienie, co najwyżej.

Po spotkaniu Boniek spotkał się z Piotrem Zielińskim i Arkiem Milikiem (ze Szczęsnym pewnie też, ale to z dwójką z Neapolu cyknął sobie fotkę). A propos tego drugiego, Driesa Mertensa i, no właśnie, gorzkiego posmaku wygranej. Milik na sto procent cieszył się z kompletu, wszak drużyna jest najważniejsza. Przy tym jednak delikatnie niepokoić może go fakt, iż Sarri wciąż stawia na Mertensa na środku ataku, a ten jest w potwornej formie. Doppietta z Romą to tylko kolejne potwierdzenie – miejmy nadzieję, że Belg zejdzie na skrzydło i posadzi na ławce Lorenzo Insigne, tym samym robiąc na szpicy miejsce Polakowi. Wiem, wiem, pobożne życzenia. Przy okazji naszła mnie pewna refleksja – Dries jest tak niepozorny jak mały króliczek. Tyle, że ten belgijski „zajec” został wyjęty prosto z Monty Pythona. Krwiożerczy, zabójczy królik.




Sukces Napoli miał wielu ojców, nie wszystko kończyło się na Mertensie, który zresztą w drugiej połowie zszedł z urazem – nic poważnego, na Real będzie gotowy. Byłbym hipokrytą, gdybym nie wspomniał po sobotnim pojedynku o Pepe Reinie. Tak często krytykowanym przeze mnie bramkarzu ekipy z Neapolu. Nigdy nie wygrał im spotkania… do ostatniego weekendu właśnie. Hiszpan zagrał doskonale, miał fenomenalne interwencje, ale nawet przy tak dużym wpływie na pozytywny rezultat, golkiper nie ustrzegł się błędów. Gdyby tylko Salah po jego podaniu trafił do bramki zamiast w słupek… ale tego nie zrobił, a w dodatku Pepe chwilę później popisał się interwencją, która spokojnie może rywalizować o miano parady miesiąca. Nie tylko dlatego, że marzec dopiero się zaczyna. Może z byłego gracza Liverpoolu jest jeszcze coś więcej niż ręcznik zawieszony na poprzeczce (wiem, za mocne słowa).




Skoro w Napoli ktoś zaskoczył pozytywnie, a natura nie znosi próżni, to można przyjąć, że wśród gospodarzy zawiódł pewny punkt. Tak było, w istocie. Fazio był od dłuższego czasu filarem defensywy rzymskiego zespołu, w meczu wystąpił pomimo problemów mięśniowych. Nie wiem, na ile miały one wpływ na jego postawę, ale nie muszę chyba wspominać, kto zawinił przy golu na 0:1. Zagubiony był dzisiaj defensor Romy, nawet bardzo. Podobnie było zresztą z Mohamedem  Salahem, który w końcu otrzymał szansę, by odpocząć. Zaczął na ławce, a po wejściu w drugiej połowie mógł odmienić losy pojedynku. Miał bodaj trzy 100% okazje, wszystkie zmarnował. Podobnie jak niedawno w Coppa Italia z Lazio, nie wyglądał na piłkarza, który był postrachem obrońców Serie A. Chociaż właściwie… defensorami może i kręcił, problemem było wykończenie. A raczej jego brak.

Ogólnie sama końcówka meczu to walka cios za cios i szukanie trafienia rozstrzygającego. Do takiego nie doszło, choć Roma bardzo mocno starała się wizualizować sobie rzut karny w doliczonym czasie gry. Na murawie był bowiem Diego Perotti, co równa się pewnemu golowi z jedenastu metrów. Nic takiego się jednak nie stało i passa zwycięstw u siebie drużyny Spallettiego została zakończona. A i Napoli zrewanżowało się za porażkę w rundzie jesiennej na San Paolo.

PS Pamiętacie, jak pisałem, że Dries to królik? No cóż, z manierami psa. Wiele rzeczy już widziałem, kilka cieszynek w przeszłości mnie dziwiło, śmieszyło. Ale dopiero o tej nie wiem, co mam myśleć.  Mieszane uczucia to dobre określenie. Czy to pierwsza dedykacja dla psa?




PPS Pewni ludzie nie dorastają, na pewno macie takich w swoim otoczeniu. Niektórzy jednocześnie nie mądrzeją z wiekiem i kimś takim jest Daniele De Rossi. Ja rozumiem, że nie idzie, że frustracja i złość. Ale mając żółtą kartkę na koncie, kopać bramkarza przeciwnej drużyny? To, co najmniej, brak wyobraźni, a właściwie wielka głupota. Sędzia zdarzenia nie zauważył, zobaczymy, czy dostrzeże je komisja dyscyplinarna.

NIEUDANY JUBILEUSZ ZEMANA
O tym, że bańka Zemana w Pescarze pękła, wiemy już od tygodnia. Porażka z Chievo mówiła wiele o ekipie ze Stadio Adriatico, a mecz z 27. kolejki tylko to potwierdził. O ile w ataku Delfiny wyglądają obecnie zdecydowanie lepiej niż jeszcze niedawno za Massimo Oddo, to w obronie mamy do czynienia ze starą bidą. Nie ma krycia, nie ma schematów, nie ma niczego. Nawet „kamieni kupa” to za wiele na określenie ostatniej drużyny ligi i jej bloku defensywnego. Tym śmieszniej wyglądał sam Zdenek jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, gdy z irytacją pokrzykiwał na swoich obrońców. Zachęcał ich do ustawienia się w linii wyżej. Dokładnie tak, jak Czech lubi.

Trzeba jednak oddać biancazzurrim, że po pierwszej połowie można było ich nawet pochwalić. Wprawdzie dali się kompletnie zakręcić Murielowi przy golu na 0:1, jednak później przeprowadzili bardzo ładną akcję na 1:1 i kończyli 45 minut z punktem na koncie. Problem w tym, że paliwa zabrakło na drugą połowę, w której Sampdoria powoli i metodycznie szukała kolejnych trafień, a goście czekali na najniższy wymiar kary.

No i dostali, 3:1. Choć z drugiej strony, jak na 1000 mecz na ławce trenerskiej Zdenka Zemana, to i tak słabo. Czeski szkoleniowiec do przerwy, co zrozumiałe, był nawet zadowolony, uśmiechał się i robił sobie selfie z kibicami w pierwszych rzędach trybun Marassi. Po końcowym gwizdku schodził już z boiska wyraźnie nadąsany, ponownie – nie może to dziwić. Jak również nie powinien zaskakiwać sam wynik i to nie tylko dlatego, że spotkały się drużyny na dwóch różnych poziomach. Mam obawy, że przy rezultacie mógł maczać palce właściciel gospodarzy, Massimo Ferrero. Nie, nie kupił sędziego czy piłkarzy drużyny przeciwnej. Ostatni, po odejściu Zampariniego, szalony prezes Serie A zaczarował murawę w drugiej połowie. Ot co!




Co do Sampdorii, to należałoby wyróżnić przede wszystkim trzech piłkarzy i tak też uczynię. Rozpoczniemy od Fabio Quagliarelli, który po raz pierwszy od przeszło dwóch lat strzelał w trzech kolejnych spotkaniach. Trafienie całkiem ładne, ale od Włocha niczego innego się nie spodziewałem. Podobnie jak nie spodziewałem się niczego innego, jak rychłego gwoździa do trumny Pescary, gdy Schick zmieniał w drugiej połowie Muriela. Czeski napastnik blucerchiatich niemal od razu wykorzystał prostopadłą piłkę i ustalił wynik pojedynku. To jego szósty gol z ławki, wątpię, by był ktoś lepszy pod tym względem w czołowych ligach Europy.

Zarówno Quagliarelli, jak i Schickowi dogrywał Bruno Fernandes. Ostatnio nieco przycichło o ofensywnym pomocniku Sampdorii, ale tym spotkaniem przypomniał o sobie wszystkim zainteresowanym, a i kilku niezainteresowanych pewnie zwróciło na niego uwagę. Gol na 1:0 i później dwie asysty, nic tylko bić brawo. To kolejny talent w Genui, który zasługuje na większy klub. Problem w tym, że nowa drużyna musiałaby zainwestować w obydwu… o czym ja pieprzę? Ano o tym, że na sukces Fernandesa pracował też Bruno. Nie wierzycie? No to patrzcie:




PS Obaj Polacy rozpoczęli mecz na ławce Sampdorii i dla obu mam średnie wieści – zarówno Praet, jak i powracający po kontuzji Sala rozegrali niezłe spotkania. Walka o pierwszy skład trwa.

PPS Patrząc na Albano Bizzarriego na początku meczu zauważyłem, że wygląda jakoś młodziej. Chwilę później zdałem sobie sprawę, że to efekt ogolenia typowego dla niego kilkudniowego zarostu. Jeszcze dłuższą chwilę po tym wiedziałem natomiast, czym pobudził się bramkarz gości przed pierwszym gwizdkiem. Nie, poniższe wideo nie jest puszczone w przyspieszeniu…




CYRK Z LATAJĄCYMI OSŁAMI
Milan w sobotni wieczór zrobił swoje. Rossoneri znajdują się bowiem w tak niewdzięcznej pozycji, że nie wszystko, a właściwie całkiem niewiele zależy od nich samych. Dlatego też muszą regularnie punktować i czekać na to, co zrobią rywale w walce o Ligę Europy. Położenie nie do pozazdroszczenia, ale nic już na to piłkarze z Mediolanu nie poradzą, muszą jakoś z tym żyć. Zobaczymy, co będzie działo się w przyszły weekend w Turynie. Nawet nie mam na myśli tego, czy Milan zatrzyma Juventus. Bardziej zastanawia mnie postawa piłkarzy Montelli na J-Stadium.

W meczu z Chievo Diavoli zagrali bowiem dobrze, w ataku stwarzali sobie multum okazji, gorzej jednak z ich wykorzystaniem. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że po pierwszej połowie rossoneri mogli prowadzić 3:0. Tymczasem mieliśmy remis 1:1 i przestrzelony karny Bakki w doliczonym czasie gry. Czy ktoś był zdziwiony? Aż chciało się napisać, że to typowy Milan z poprzednich sezonów. W drugiej połowie pojawił się jednak obecny Milan i dokończył sprawę.

Wspomniany natomiast Bacca skończył z dubletem. Niby fajnie, niby gole potrzebne, by wrócił do wysokiej dyspozycji… tyle że występ Kolumbijczyka miał co najmniej kilka (50?) twarzy. Psucie okazji, zmarnowany rzut karny (tak bardzo skupił się na tym, by nie uderzać z obu nóg, że przestrzelił), ale też dwa trafienia i wymierny wpływ na wynik. Wciąż jednak z tyłu głowy mam fakt, iż napastnik rossonerich spokojnie mógł skończyć ten pojedynek z pokerem bramek. Gdyby był tylko bardziej skuteczny, to ekipa z Mediolanu nie drżałaby o wynik choćby przez chwilę. A był przecież taki moment, w którym Milan cofnął się, przyjął Chievo na własnej połowie i bywało gorąco pod bramką Donnarummy (no, może letnio). Niemniej przynajmniej kontry gospodarzom wychodziły tego wieczora całkiem nieźle.

Nic dziwnego, skoro na boisku ma się takiego biegacza jak Deulofeu. Skrzydłowy rossonerich w 90 minucie pojedynku dopuścił się tak niewyobrażalnego sprintu, że prawdopodobnie przekroczyłby dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym. A może to Dainelli był taki wolny i spotęgowało to efekt biegu rywala? Jakby nie było, żal zrobiło mi się dziadka z obrony Osiołków. Może i 38-latek umie się ustawiać i na tym głównie bazuje, ale w sytuacjach takich, jak poniższa, nie ma szans. Biedaczysko. A dla piłkarza Milanu szacunek za ten wyczyn, szczególnie zważywszy na wszystkie minuty w nogach.




Wspomniałem w pierwszym akapicie o remisie do przerwy. Ten był spowodowany nie tylko nieskutecznością Milanu (Bakki). W dużej mierze wpływ na taki stan rzeczy miał sędzia, który podyktował rzut karny po wcześniejszym spalonym gracza Chievo. A i rzekomy faul nie należał do oczywistych przewinień. Dlaczego o tym wspominam, skoro miałem dać sobie spokój z błędami arbitrów? Ano dlatego, że w drugiej połowie, w końcówce wynik z jedenastki ustalił Gianluca Lapadula. Z goli Włocha zawsze się cieszę, bo go najzwyczajniej w świecie lubię. Jednakże rzutu karnego być nie powinno. Jeśli ktokolwiek, a raczej cokolwiek sfaulowało Ocamposa w szesnastce, to była to jakaś zdradziecka kępa trawy. Panie arbitrze, potrzebna wizyta u okulisty. Choć z drugiej strony, przynajmniej jedenastki porozdawał sprawiedliwie – dostało się każdemu.

Jak zawsze cegiełkę do sukcesu Milanu dołożył od siebie Donnarumma. Choć nie miał wybitnie wiele roboty w sobotę, choć przy karnym nie miał szans, to wciąż swoje wybronił. Czasem człowiek zapomina wręcz, że ten dzieciak ma zaledwie 18 lat. Właśnie w związku z powyższym naszła mnie pewna refleksja – wiecie, że za pięć lat, gdy na koncie dawno będzie już miał ponad 200 występów w Serie A (chyba, że wypuszczą go z Włoch…), Gigio wciąż będzie młodym, 23-letnim bramkarzem z ponad dekadą gry na najwyższym poziomie? Ma wszystko by stać się prawdziwą legendą.

Szczególnie, jeśli w dalszym ciągu będą mu pomagać poprzeczki w taki sposób, jak miało to miejsce w 27. kolejce. Cacciatore miał prostą robotę – trafić z dwóch metrów do pustej właściwie bramki. Tymczasem zaliczył strzał, jakiego nie powstydziłby się niejeden rugbysta. Chociaż nie, oni raczej starają się kopać ponad zawieszoną poprzeczkę. I pomyśleć, że takie przeżycia boczny obrońca zafundował Rolando Maranowi w setnym spotkaniu na ławce trenerskiej Chievo… Wszystkiego dobrego w drugiej setce, panie trenerze. Mimo wszystko!




PERCHE ATALANTO?
Nie sposób nie podpytać drużyny z Bergamo, bo doprawdy trudno pojąć, jak Papu Gomez i spółka skończyli to spotkanie bez gola na koncie. La Dea mieli kilka naprawdę doskonałych okazji, grali z wyjątkową dyscypliną taktyczną… i to było ich przekleństwo. 90 minut zagrań na skrzydła, zbiegania do linii końcowej i płaskich wrzutek w pole karne – nie dość, że bardzo odkrywcze, to w dodatku wyjątkowo przewidywalne po pierwszym kwadransie.

Szczególnie, że taki ignorant taktyczny jak ja zdołał zauważyć ten schemat. Petagna mówił nawet w przerwie pojedynku, że drużyna realizuje przedmeczowe założenia w 100%, brakuje tylko ostatniego dogrania. Można więc było jednak pomyśleć o jakimś innym sposobie na zaskoczenie Cipriana Tatarusanu. Zawiódł mnie tutaj Gasperini brakiem reakcji, nie wprowadzeniem jakichkolwiek korekt do sposobu gry gospodarzy.

Bardzo długo pierwsza połowa, którą oglądałem przygotowując zupę ogórkową (nie miałem marchewki, tragedia…),  wyglądała jak odliczanie do pierwszego gola gospodarzy. Szkoda tylko, że zegar tykał do ostatniego gwizdka arbitra i skończyło się na pierwszym meczu Atalanty bez choćby jednego trafienia od… 17 grudnia. A zupa smaczna, dziękuję, że pytacie.

Fiorentina z remisu powinna być zadowolona, jak ja z moich kuchennych wojaży – wprawdzie miała gola Kalinicia ze spalonego (bardzo ładnego, tak przy okazji), ale w ogólnym rozrachunku była ekipą po prostu słabszą. Choć nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył, że choć zdecydowanie lepiej w pierwszej połowie prezentowała się Atalanta i to miejscowi zasługiwali na gola, to spokojnie mogło do przerwy skończyć się 2:0 dla przyjezdnych, bo Viola miała swoje okazje. Podopieczni Paulo Sousy byli bardzo groźni z kontrataków i gdyby nie Berisha, to pewnie skończyliby z bramką na koncie.

Gdyby nie bramkarz, ale również blok obronny Atalanty, w którym habilitację w niedzielę zrobił Rafael Toloi. Wiem, że w ostatnich tygodniach/miesiącach, w kontekście defensywy ekipy z Bergamo mówi się głównie o Mattii Caldarze, ale w 27. kolejce generałem okazał się nieco starszy Brazylijczyk, który kilkukrotnie doskonale przerywał akcje Fiorentiny. Stoper La Dea popisywał się idealnym wyczuciem, to przede wszystkim robiło ogromne wrażenie. Facet kilkukrotnie wchodził bardzo ryzykownie wślizgiem, nawet od tyłu, ale ani przez moment nie było wątpliwości – to były interwencje czyste do tego stopnia, że sam Zygumnt Chajzer by się nie powstydził.

Innym piłkarzem wysuwającym się przed szereg po spotkaniu na Stadio Atleti Azzurri d’Italia był Andrea Petagna. Rosły napastnik Atalanty kręcił obrońcami Fiorentiny niczym dziećmi w pierwszej połowie, a w dodatku świetnie grał tyłem do bramki i zgrywał piłki do kolegów podłączających się do ataku. W tym również do swojego najlepszego przyjaciela – Papu Gomeza.

Argentyński kapitan Atalanty przygotował tym razem proekologiczną opaskę kapitańską. Zdjęcie tejże wrzucił na swój Instagram, co wykorzystał bezlitośnie napastnik La Dea. Komentarz Petagny? „Twój oddech zalicza się do zanieczyszczeń powietrza”. Jak odróżnić przyjaciela od najlepszego przyjaciela? Podobno właśnie po takich docinkach.

Na koniec świetny gest klubu z Bergamo – wpływy z biletów za mecz z Fiorentiną zostały przeznaczone na pomoc w odbudowie domostw w Amatrice zniszczonych podczas trzęsienia ziemi.

PS Idzie wiosna, miłość kwitnie.



NO I CO?
Juventus zremisował, stracił punkty, zagrał słabo. I, że tak powtórzę za nagłówkiem – co z tego? Nawet przy 1:1 z Udinese lider powiększył przewagę nad drugim miejscem. Może to osiem punktów, a nie dziesięć jak można było liczyć, ale jednak wciąż status quo zachowany, a biorąc pod uwagę, że Stara Dama myli się tak rzadko, to Roma powinna żałować zdecydowanie bardziej. Gdyby pokonała Napoli, to w tym momencie traciłaby do Turynu zaledwie cztery „oczka”, czyli tyle co nic.

Co do jednego jestem przekonany – mecz z Milanem za tydzień powinien być ciekawy. Jeśli drużyna Allegriego ponownie pokaże tak przeciętny futbol, jak w minioną niedzielę, to seria przed własną publicznością może być zagrożona. I nie, nie wierzę w taki obrót spraw. Tyle że wiecie co? W stratę punktów z bezbarwnym ostatnio Udinese też nie wierzyłem. A tu bęc.

Jednakże turyńczycy sami są sobie winni, bo gdyby wykazali jakąkolwiek inicjatywę, gdyby choć trochę im się chciało, to ekipa Delneriego nie stanowiłaby żadnego wyzwania. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że Mistrz Włoch przeszedł obok meczu w pierwszej połowie. A Udinese wystąpiło w roli cynicznego przeciwnika – jedyna stuprocentowa okazja i gol. A i ta sytuacja została zrobiona właściwie z niczego przez Duvana Zapatę, który od dzisiaj będzie nazywany przeze mnie Czołgiem. Wprawdzie Bonucci to nie Chiellini, ale przepchnąć go nie jest łatwo, a u napastnika gospodarzy wyglądało to na działanie nie wymagające wysiłku. To taki grający buldożer, który stopniowo poprawia skuteczność i jeśli tylko jakiś większy klub w końcu na niego postawi, to będzie kimś więcej niż tylko tym niezłym atakującym z Udinese. Ciekawe, czy czeka na niego jakakolwiek przyszłość w Neapolu?

Jeśli jednak miałbym wskazać coś jeszcze, co pomogło Udinese uzyskać pozytywny rezultat z liderem rozgrywek, to świetnie rozgrywane stałe fragmenty nie byłyby wysoko na liście potencjalnych powodów. Nie jestem szpecem od taktyki, więc może coś mi w poniższej sytuacji umyka, ale – co autorzy mieli tutaj na myśli?




Grając niemal na wstecznym Juve zdołało wyrównać i w sumie robi to wrażenie. Jedna wrzutka Dybali, jedna główka Bonucciego i mamy remis. Człowiek tylko czekał na moment, w którym przyjdzie kolejna szansa i skończy się na komplecie znikąd. Tak jak już kilkukrotnie w obecnych rozgrywkach bywało. W końcu noga musiała się powinąć i padło akurat na 27. kolejkę.

Wiecie… muszę się Wam zwierzyć. Jestem skąpy, w związku z czym rzadko decyduję się stawiać u bukmachera. Ale! Jeśli już się zdecyduję, to możecie być pewni – zainwestuję pieniądze w Juventus akurat w tygodniu, w którym Stara Dama postanowi stracić punkty. Brawo Juve, brawo ja. Żegnajcie pieniądze.

Czuję się całkiem podobnie do Emila Hallfredssona wpadającego na rywala i koziołkującego prosto na kark z wysokości 1,5 metra. O ile jednak u mnie smutek i rozczarowanie już właściwie minęło, tak pomocnika drużyny z Friuli ból może nie opuszczać chwilę dłużej. W pełni poważnie natomiast – mam nadzieję, że Łysy z Udine nie będzie odczuwał skutków tego zdarzenia w przyszłości.




PS Trzymam kciuki za Seko Fofanę, który w meczu z Juve złamał nogę. Rychłego powrotu, mistrzu!

WYPUNKTOWANI
Cagliari w porównaniu z całą ligową miernością jest przynajmniej niemal zawsze pewnikiem kilku goli. Czasem sami strzelą, częściej pozwolą wbić rywalowi, jednak zawsze coś w ich spotkaniach się dzieje, a stawiać na +2,5 trafienia można niemal w ciemno. Nie inaczej było w starciu z Interem, choć pierwsze 30 minut spotkania okazało się ciszą przed burzą. Dlaczego? Ano dlatego, że jeszcze przed przerwą wypełniła się 2,5-plusowa powinność. Najpierw Banega podał do Perisicia, później sam trafił do siatki z wolnego i nagle zrobiło się 2:0 dla Interu. Jak to zwykle bywa z defensywą Sardyńczyków – dosłownie z niczego.

Kilka minut później kolejne zaskoczenie – Samir Handanovic niemal nie wpuszcza identycznej piłki jak z rundy jesiennej, gdy wpadł z futbolówką do siatki po ostrej wrzutce w światło bramki. Tym razem nie dał się już jednak Cagliari zaskoczyć, a gdy wcześniej w pierwszej połowie ni z tego, ni z owego stanął przed nim Joao Pedro i postanowił go przelobować, golkipera przyjezdnych w ostatniej chwili ofiarną i ekwilibrystyczną zarazem interwencją wyręczył Gary Medel. Wyglądało to naprawdę przyzwoicie.




Nie można takiej cechy przypisać po tym spotkaniu natomiast Kondogbii. Facet, który w 2017 roku zdawał się powoli jaśnieć, miewał przebłyski tej małej fortuny, którą za niego zabulono w Mediolanie. Na Sant’Elia wrócił do słabej normy. Kilka strat, w tym jedna bramkowa i ogólna nieporadność – ten występ bezsprzecznie wytrąca większość argumentów z rąk broniących pomocnika Interu. Jedna jaskółka może być przypadkiem i, tak jak wyższe temperatury w miniony weekend, wiosny w żadnym wypadku nie czyni.

Skoro już mowa o winie przy golu dla Cagliari, to do siatki gości trafił nie kto inny jak Marco Borriello. To już 12 trafienie staruszka w tym sezonie, co oznacza że wkrótce przebije najlepszy sezon w Milanie, a kto wie, czy nie doczłapie do rekordu życiowego, czyli 19 trafień w Genoi z rozgrywek 2007/2008. Cholera, toż to było niemal dekadę temu! A niech ma, ja Markowi życzę wszystkiego najlepszego. Ktoś w końcu musi zająć miejsce wiekowego i jarego snajpera po Luce Tonim i Antonio Di Natale.

To był jednak jedyny promyk szczęścia dla kibiców gospodarzy zgromadzonych na stadionie. Tuż po zmianie stron doppiettę skompletował bowiem Perisic, później do siatki trafił jeszcze Icardi z karnego, a wynik na przyjemne dla oka 5:1 ustalił, strzelając tym samym pierwszego gola w brawach nerazzurrich, Roberto Gagliardini.

Nic więc dziwnego, że bramkarzowi, swoją drogą wypożyczonemu z Milanu, Gabrielowi było już wszystko jedno. Co widać na załączonym obrazku:




Trzeba przyznać, że wspomniany już wyżej Icardi miał wymierny wpływ na wynik pojedynku – najpierw asystował Perisiciowi, później zrobił rzut karny, który w końcu sam zamienił na gola. To był naprawdę niezły występ Argentyńczyka. Na najwyższą notę w moim mniemaniu zasłużył jednak Ever Banega. Za co? Najprościej będzie to ująć w ten sposób – za bycie Everem Banegą. To naprawdę wystarczy.
A co do Maurito, nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał – jak mogłeś to przestrzelić, panie Kapitanie? No jak?!




Zważywszy na małe potknięcie Atalanty, komplet na Sardynii był bardzo ważny dla Interu. Nerazzurri odrobili bowiem dwa punkty do rywala z Bergamo i do europejskich pucharów tracą już tylko „oczko”. Meczem o Ligę Europy należy więc ochrzcić starcie w przyszły weekend, gdy na Stadio Giuseppe Meazza przyjedzie właśnie ferajna Gasperiniego. Trenera, który Interowi ma wiele do udowodnienia. Dla kibiców mediolańskiego klubu najważniejszą informacją jest jednak to, że ponownie wszystko w nogach ich ulubieńców. „Wystarczy” pokonać Papu Gomeza i spółkę. Bardzo lubię te fazę sezonu – niemal co kolejkę mamy mecze istotne dla układu tabeli. Czekamy!

PS Salamon cały pojedynek spędził na ławce. Może wysoka porażka pozwoli mu zmienić za tydzień któregoś z kolegów z bloku defensywnego? Choć pamiętając poprzednie spotkanie Cagliari z Fiorentiną, może lepiej by Polak jednak nie wchodził na murawę…

ZIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEW
Jeśli mam być szczery, to najchętniej nie napisałbym ani słowa na temat spotkania na Ezio Scida. Niewiele się tam działo, nic ważnego zresztą zdarzyć się na kameralnym obiekcie nie mogło, skoro spotykały się tam Crotone z Sassuolo. Zresztą, najlepszym podsumowaniem pojedynku był trener gości. Oto i reakcja Eusebio Di Francesco na boiskowe wydarzenia. Wymowna, co?



I właśnie tym obrazkiem znudzonego szkoleniowca Sassuolo zakończyłbym opis tego „widowiska”. Choć w sumie nie byłbym sobą, gdybym w śpiącym Eusebio nie doszukał się głębszej metafory. Wszak to jednocześnie świetne odzwierciedlenie tego, w jakim obecnie miejscu znajduje się drużyna neroverdich. Nie ma o co już grać, nic tylko się przespać i obudzić, gdy będzie można już zadziałać podczas letniego mercato. Ani puchary, ani spadek piłkarzom z MAPEI Stadium nie grozi.

Widmo tego drugiego wciąż obecne jest natomiast nad głowami Crotone. Biorąc pod uwagę porażkę Empoli, Rekiny wprawdzie odrobiły punkt do bezpieczeństwa, ale zważywszy na przeciętny występ Sassuolo, tutaj można było zgarnąć komplet punktów. Choć oczywiście nie było ich zbyt wiele, to okazje do zdobycia zwycięskiego trafienia miejscowi mieli. Tyle że… jeśli nie wykorzystuje się szans takich, jak poniższa, to nie można myśleć o wygrywaniu. A bez solidnych, trzy punktowych zastrzyków, beniaminek nie ma co liczyć na utrzymanie. Pisałem to już wielokrotnie i powtórzę raz jeszcze – remisami jeszcze nikt nie uratował się przed spadkiem.




MR. FINISZ
Czasem, gdy piszę akapity o Empoli, mam ochotę po prostu wklejać to, co napisałem poprzednio. Tydzień w tydzień to samo. Bo też wszystkie mecze Azzurrich wyglądają podobnie – najpierw sterylność w ataku i heroizm Skorupskiego, a następnie rywal wbija bramkę, i wszystko się sypie. Nie inaczej było z Genoą, oglądając zbiorczą transmisję z meczów o 15:00 słyszałem typowe dla polskiego bramkarza „miracolo Skorupski, miracolo Skorupski!”. Nasz rodak miał nieco roboty, z której wywiązywał się bez zarzutu. Ale później przyszła 89 minuta i 1:0, a później doliczony czas gry i gol na 2:0.

Nihil novi, jakby ktoś zapętlił wideo. Tym bardziej przykro było mi z powodu późnego zwycięstwa rossoblu, że w zapowiedzi spotkania obstawiałem dokładnie bezbramkowy remis. Lubię czasem mieć rację, tym bardziej, że rzadko przykładam dużą wagę do wpisywanych w zapowiedziach wyników. Zazwyczaj robię to jeszcze przed przystąpieniem do pisania właściwych akapitów. Niemniej wszystko wskazywało na podział punktów, bo na dobrą sprawę spotkały się równorzędne ekipy, sąsiedzi w tabeli zresztą.

Genoi udało się jednak zwyciężyć i przerwać piękną inaczej passę dziesięciu kolejek bez kompletu punktów. Nic tylko pogratulować, jednak nie można zapominać o najważniejszym człowieku w całym tym zamieszaniu. Olivier Ntcham to kolejny, obok Schicka, superrezerwowy w Genui. Drugi mecz z rzędu pojawia się na murawie z ławki i ponownie trafia do siatki w samiuśkiej końcówce robiąc punkty drużynie. Drużynie, która grała tego dnia wyjątkowo zespołowo. Kto nie wierzy, ten ogląda:



Jakby jednak nie było, jak bardzo przeciętnie ekipa Mandorliniego nie zagrała na Carlo Castellani, nowy trener nie tylko nie przegrał jeszcze meczu prowadząc Grifonich, cieszył się także z pierwszego zwycięstwa. Wracając natomiast jeszcze na moment do Ntchama i Schicka. Tak się składa, że wielkimi krokami zbliżają się Derby Genui. Nie mogę się doczekać momentu, gdy w drugiej połowie tego pojedynku na boisku zamelduje się najpierw jeden, później drugi. To będzie jak starcie Godzilli z King-Kongiem o miano Dżokera sezonu. Ja już zacieram ręce.

A propos rąk, tak się kończy nieopatrzne pozostawianie dłoni na murawie i nadepnięcie tejże przez rywala. Przypadkowe – zapewniam – ale jednocześnie nie wątpię, że boli nie mniej niż celowe. Big Mac to na szczęście twardziel. Do końca sezonu się zagoi.




Podobnie jak Empoli do końca sezonu nic wielkiego nie powinno już się stać. Powtarzam to jak mantrę co tydzień i ponownie mógłbym się posłużyć kombinacją ctrl+c i ctrl+v. Bo Azzurri nie grają dobrej piłki, grają piłkę słabą, urągającą poziomem standardom Serie A. Mimo to utrzymanie mają jak w banku, bo są w tej, pożal się Boże, EKSTRAKLASIE gorsi. Tacy, którzy jeszcze mniej zasługują na miano pierwszoligowca. Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi.

NA KŁOPOTY BELOTTI
Dla Andrei Belottiego spotkanie z Palermo było ważne z powodów powszechnie wiadomych. To w drużynie z Sycylii dał się poznać szerszej publiczności, gdy straszył w ataku do spółki z Paulo Dybalą. Dodatkowo młody chłopak wyszedł na mecz z byłą ekipą z opaską kapitańską na ramieniu. Po trzecie wreszcie – ta cyfra będzie w tym akapicie bardzo ważna – skończył pojedynek z hattrickiem i dał zwycięstwo Bykom 3:1. Tripletta sprawia, że Włoch pewnie przewodzi już klasyfikacji strzelców z przewagą, jakżeby inaczej, trzech trafień nad Gonzalo Higuainem.

Gole napastnika były o tyle ważne, że padły w momencie, gdy wszyscy w Turynie zaczynali tracić nadzieję. Byki od początku meczu przeważały, gospodarze byli kilka klas lepsi, ale bili głową w mur i nie potrafili sforsować bramki Palermo. W końcu nadeszło jednak osiem minut, rozpoczęte tuż przed ostatnim kwadransem pojedynku. Niestety dla mojej sympatii wobec niego, zawinił, niezły w pierwszej połowie, Josip Posavec. Przy dwóch trafieniach Koguta, bramkarz źle obliczył lot piłki i mijał się z dośrodkowaniem. Młodziak był bez szans jedynie przy golu na 2:1 – to już piękna technicznie wrzutka Ljajicia i cudowny wolej Belottiego.




Mimo zwycięstwa turyńczycy nie grają już właściwie o nic w tym sezonie, podobnie zresztą jak Palermo, które jest coraz bliżej spadku. Ponownie rosanero wychodzili na prowadzenie, jak przed tygodniem z Sampdorią i ponownie dali się zaskoczyć w końcówce. Brakuje wyraźnie koncentracji na pełne 90 minut. Choć nie można ukrywać, że również umiejętności nie te. Druga liga w pełni się Sycylijczykom należy. Jak pokazuje przykład Empoli – wcale nie jest tak łatwo spaść do Serie B, trzeba na to zasłużyć.

Wracając na koniec jeszcze na moment do Belottiego. Kogut ma w kontrakcie klauzulę odstępnego na poziomie 100 milionów euro. Na ten moment wszyscy w Turynie, od trenera, na właścicielu klubu kończąc mówią, że gdyby tylko mogli, to podwyższyliby poprzeczkę. Bo setka wydaje się na ten moment zwyczajnymi groszami. Nie sposób się nie zgodzić, a ja nareszcie z podniesioną głową mogę przypominać, gdy wieszczyłem, że z duetu Belotti-Dybala to ten pierwszy jest lepszy. Wciąż trudno jest to rozsądzić, ale na pewno mój wybór w tym momencie broni się w całej rozciągłości i nie brzmi jak bełkot wariata.

DRUGA STRONA ODPOWIADA
Druga strona duetu w ataku reprezentacji Włoch, bo w ostatnim spotkaniu 27. kolejki Serie A doppiettę zaliczył Ciro Immobile. A skoro on, to Lazio, które pewnie ograło Bolognę 2:0 na wyjeździe. Bolognę, która w tym momencie wciąż jest jedną z najsłabszych drużyn ligi i powinni się cieszyć rossoblu, że wcześniej nazbierali na wysokiej formie Simone Verdiego kilka(naście) punktów. To głównie dzięki temu teraz nie muszą się martwić o ligowy byt.

Szczególnie, że teraz, wychodząc na mecz z Lazio w ustawieniu 5-3-2 przegrywają już na starcie. A raczej w najlepszym razie remisują. Cholera, nie można było spodziewać się niczego dobrego po spotkaniu, w którym jedna z drużyn ma zamiar zagrać tak defensywnie. Na szczęście dla kibiców gości, piłkarze Lazio zdołali dobrać się bolończykom do tyłków. DOSŁOWNIE.




Komplet punktów dla drużyny Simone Inzaghiego to ważna informacja w kontekście walki pucharowej. Biancocelesti wykorzystali bowiem potknięcie Atalanty i przeskoczyli ekipę z Bergamo w tabeli. Wszystko jest tam jeszcze otwarte, wiele może się zmienić, ale pozycja wyjściowa rzymskiej drużyny jest całkiem niezła. Ba! Niewykluczone, że Lazio jeszcze spróbuje swoich sił w szturmie podium. Oby tylko nie straciło przesadnie dużo sił i ostatecznie nie finiszowało poza Europą.

Taka sytuacja byłaby niemile widziana w stolicy, bo Orły w tym momencie tworzą bardzo ciekawą drużynę, która na reprezentowanie calcio w rozgrywkach międzynarodowych po prostu zasługuje. Nie sposób wyobrazić sobie natomiast, że stołeczny klub zatrzymuje w lecie Milinkovicia-Savicia, jeśli jedną z kart przetargowych nie jest co najmniej Liga Europy. Ten młody chłopak rozwija się w zatrważającym tempie i już za chwileczkę, już za momencik Lazio będzie dla niego zwyczajnie za małe. Podobna sytuacja jak z Belottim w Torino.

Do niczego niepodobne jest natomiast zachowanie Balde Keity. Skrzydłowy co i rusz, niemal co kolejkę doprowadza do konfliktów. Tak też było w Bolonii, gdzie w końcówce pokłócił się o coś z właśnie wyżej wspomnianym Saviciem. Było nerwowo, ale przynajmniej tym razem atmosfera została oczyszczona niemal z marszu – wspólne zdjęcie na Instagramie, sprawa wyjaśniona, panowie wciąż grają do jednej bramki. Cel jednoczy – Lazio naprawdę chce wrócić do Europy.
______________________________________

To już wszystko na dzisiaj. Czekamy na emocje w Lidze Mistrzów i awans (?!) Napoli. Do przeczytania za kilka dni!

Więcej moich przemyśleń możecie znaleźć na mojej stronie na Facebooku i na Twitterze. Wbrew pozorom praca zawodowa na „Mrużąc oczy…” się nie kończy!

PS Wypociny niepiłkarskie do zobaczenia tutaj. Również zapraszam :)

OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 15 komentarzy

Zebry | 06.03.2017 11:08

Podczas meczu jak zobaczyłem powtórkę z Hallfredssonem to mnie ciarki przeleciały, a ujęcie w zbliżeniu okładnie pokazało jak nienaturalnie wygieła sie głowa Islandczyka. Na zapasach czy galach MMA widuje się takie ekstremalne obrazki, ale tam zawodnicy są też odpowiednio do tego przygotowani. Miał sporo szczęścia, że to się tak skończyło.

Kempes | 06.03.2017 11:14



Milancio

Serio Milan został skrzywdzony tydzień temu? To co mają powiedzieć piłkarze i kibice Sassualo?

Kempes | 06.03.2017 11:29


Chylę czoła i biję się w pierś. Pozdrawiam!

Prezydent | 06.03.2017 14:06

Tomasz widzę dalej brnie "jedziemy po Kondogbii"
To naprawdę już jest nudne. Gość zagra dobrze - gówniak, zagra średnio - gówniak...
Co jakiś czas przytaczanie gry Kondogbii. To już się robi niesmaczne. Nie wiem skąd taka niechęć w stosunku do tego gracza? Wyluzuj chłopie bo akurat jeśli chodzi o tego zawodnika w twoich tekstach to niestety nie trzymie się to "mrużenia oczów".
Jak grał świetne mecze to był wg ciebie fatalny (no bo temat mruzac oczy) to może jak zagra bezbarwne spotkanie to idąc tym tokiem rozumowania pochwalimy Geoffreya?

Mecze się ogląda, a nie wydaje opinii bo gdzieś coś wyczytamy lub zerknę na skróty...ja sam kiedyś się do tego przyznałeś...Ręce opadają.
A te ciągłe podkreślanie jakoby Inter walczył tylko o LE jest doprawdy żenujące już. Walczą o LM, a że mają małe szanse na to no to inna sprawa 6 pkt to nie jest przepaść.
Z czasem mrużąc oczy robią się coraz to bardziej schematyczne i irytujace nie dziwota, że tracą zainteresowanie.

superpat | 06.03.2017 14:56

Wydaje mi się, że prezydent ma problem, chyba jesteś za bardzo zakochany w swoim klubie.

Prezydent | 06.03.2017 15:00

Moja "miłość" to jedno, a obiektywizm to drugie :)

TLubczynski | 06.03.2017 15:35

@Prezydent Statystyki mówią co innego - "Mrużąc oczy..." utrzymuje stałą liczbę czytelników i stopniowo pojawiają się nowi.

Co do Kondogbii, no nie przekonuje mnie facet i tyle. Wszak napisałem, że: " Facet, który w 2017 roku zdawał się powoli jaśnieć, miewał przebłyski tej małej fortuny, którą za niego zabulono w Mediolanie." - więc tak, było z nim lepiej, ale właśnie obiektywność wymaga, by trzymać się faktów - było lepiej, nie znaczy wcale dobrze.

Nie lubię, gdy ktoś, szczególnie będąc w swojej ocenie odosobniony, próbuje forsować ją za wszelką cenę. I nie, ja nie każę wcale komukolwiek zgadzać się z moją opinią na temat pomocnika Interu.

LM? Cholera, jeśli twierdzić, że Inter walczy o LM, to robi to również Milan. Bądźmy realistami. Obie drużyny na ten moment mogą o podium marzyć, ale realnie walczą wraz z Lazio i Atalantą o miejsca dające LE.

Ogólnie rzecz biorąc - to nie jest tak, że ktokolwiek każe Ci czytać podsumowania, szczególnie jeśli Cię irytują. I tym bardziej, jeśli uważasz, że nie mam pojęcia, o czym piszę. Ja z takimi ludźmi zazwyczaj w dyskusję nie wchodzę, szkoda czasu ;)

Pendolino | 06.03.2017 15:57

Co jak co ale ja również się z Panem nie zgodzę.
Francuz grał bardzo dobrze co najmniej parę miesięcy i to piszę jako osoba początkowo bardzo sceptyczna do Kondogbii. Oglądałem wszystkie mecze Interu i mam takie, a nie inne zdanie jak większość kibiców Interu.
Inter nie walczy o LM? A to ci ciekawe. Chyba się Pan lekko zagalopował. Naprawdę zalatuje stronniczością.

IvIod | 06.03.2017 17:35

Czasami o to chodzi, aby mieć inne zdanie...ale żeby tak 'płakać' pod żartobliwym podsumowaniem kolejki...no właśnie :D

Mi się jak zawsze fajnie czytało, powodzenia :)

dostojnyfarmata | 06.03.2017 17:41

Ambicje Interu (zarówno poszczególnych zawodników jak i zapewne większości kibiców) sięgają wyżej niż LE ale nie chodzi o tylko o to o czym marzą ludzie związani z klubem tylko o aktualną sytuację w tabeli. A wygląda to mniej więcej tak że Juventus walczy sam ze sobą o scudetto, Roma z Napoli o 2. miejsce i uniknięcie konieczności grania w eliminacjach LM a Atalanta, Inter, Lazio i Milan o LE.
I oczywiście sytuacja za 2, 3 lub 4 kolejki może ulec zmianie jeśli Roma/Napoli zredukuje stratę do Turyńczyków albo Inter czy Lazio dojdą Napoli na 1-2 punkty.
Póki co radzę kibicom ochłonąć nieco i poczekać do końca sezonu i najwyżej wówczas rzucić autorowi triumfalnie "a nie mówiłem" :)

NewMaldini | 06.03.2017 19:02

Jeśli Inter zdaniem kibiców walczy w tym sezonie o LM to idąc tym tropem cała czołowa siódemka o nią walczy. Przy takim terminarzu chyba tylko najwięksi optymiści z obozu Interu wierzą w trzecie miejsce. Ostatnio Inter znalazł się trochę na fali, ale to była raczej kwestia dogodnych rywali to podgonienia czołówki. Z mocnymi drużynami nerazzurri tracili punkty.

Podsumujmy: Do końca sezonu 11 kolejek, a z meczów, w których jest wysokie prawdopodobieństwo stary punktów przez Inter zostało: Atalanta, Torino (wyjazd), derby, Viola (wyjazd), Napoli, Genoa (u siebie Genoa potrafi wygrać z każdym) i Lazio na wyjeździe. Nawet jeśli Inter jakimś cudem wygra wszystkie te spotkania, to i tak będzie musiał liczyć na starty punktów przez Napoli. Czas zejść na ziemię.

Kempes | 07.03.2017 08:17


Z Kondogbią problem polega na tym, że niektórzy ogladali go przed przejściem do Interu. Wszystkie szczeble kadr juniorskich, mistrz świata U20, świetne występy w Sevilli i Monaco, był mniej medialny od Pogby ale w opinii wielu ekspertów lepiej rokował. Po transferze do Interu chłop ... przepadł. Pytanie czy w Interze zagrał chociaż raz na dawnym poziomie? Gra poprawnie to kibice Interu oczekują, ze będzie chwalony. W kadrze póki co nie ma czego szukać, po prostu szkoda chłopa.  Oby nie skończył jak M\'Villa.

Czy Inter ma szanse na LM? Tydzień temu mieli ale Roma pokazała, ze to nie jest ten poziom

DaHorse_ACM | 07.03.2017 11:41

@Milancio - szczrze przyznam, że z ostatnich pięciu meczy oglądałem tylko trzy, pozostałe poznałem w obszernych skrótach i relacjach pisanych... Ale ogólnie bilans pomyłek chyba waha się w okolicach zera. Niemniej ilość tychże jest zatrważająca... :/

@TLubczyński - jak zawsze fajnie napisane, kompletnie się zgadzam co do Bakki - niby dublet, niby się odblokował, ale wciąż oglądanie jego gry, sposobu przemieszczania się po boisku i reakcji na nieudane zagrania kolegów przyprawia o ból zębów... niemniej lepsze bramki po gównianej grze, niźli piękna gra na remis ;)

Do kibiców Interu - świetnie rozumiem wasze zapędy, parę kolejek temu też i nam (kibicom Milanu) się zapaliła lampka "LM"... ale ligowa rzeczywistość jest nieubłagana, brakuje jeszcze mocy obu mediolańskim ekipom, aby się zadomowić na podium. Tak że, no disrespect, ale opanujcie głowy. ;)

PS.       TLubczyski vs Prezydent
               And the  WINNER is.....
                     

DaHorse_ACM | 07.03.2017 11:42

     TLUBCZYNSKI!!!   K.O. :)

Prezydent | 07.03.2017 12:13

Ale ten Kondogbia słaby...no ani jednego poprawnego meczu nie zagrał!
Noty jak jakiś typowy amator. Straszne!

http://tiny.pl/gfkht
tiny.pl/gfkht

A odbieranie szans komukolwiek 11 kolejek przed końcem mając 6 pkt straty jest też nie poważne.



seriea.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy